Blog

Covid-19, czyli wybrane notatki z pamiętnika pandemiczki

15 kwietnia 2020

Z Polski do domu wracałam już po zamknięciu granic. W drodze dowiadywałam się, czy mnie wypuszczą.
Okazało się, że na granicy wjazdowej do Polski odbywa się już nie tylko kontrola zdrowia, ale i kontrola dokumentów. Gdybym czegoś zapomniała i chciała się wrócić, musiałabym już wtedy przejść przymusową kwarantannę w domu.
***
Po powrocie do domu wysłuchałam przemówienia Kanclerz Niemiec, Angeli Merkel. Zapowiedziała wprowadzenie kwarantanny, ograniczeń w wychodzeniu z domu, tylko w sprawach koniecznych. O zachowywaniu odstępu. O rękawiczkach jednorazowych.
Oglądam w mediach spotkania na szczycie – większość spotkań na szczycie odbywa się w maskach.
Tylko w Polsce nie.
***
Wiadomości stąd i skądinąd prześlizgują się po krawędziach ekranów: telewizję oglądam rzadko, szczególnie wiadomości.
Bardzo dokładnie na początku przeczytałam zalecenia dotyczące bezpieczeństwa.
Dobrze, że mam rękawiczki jednorazowe, nie wiedziałam, że tak mi się przydadzą.
W Niemczech maseczki noszą niektórzy, ja jeszcze się nie zaopatrzyłam. Jakoś nie wierzę w ich skuteczność.
Za to na ręce uważam wszędzie i pilnuję też, żeby myć po każdym przyjściu. Nosiłam ze sobą nawet na początku płyn do dezynfekcji, z czasem zaczęłam go zapominać.
Najważniejsze to zachować dystans.
Kiedy wchodzę do sklepu, oczy dookoła głowy. Sprawdzam, czy przypadkiem ktoś na mnie nie wchodzi. Włażą, pchają się. Muszą szybciej. Niech lezą. Odwracam się wstrzymując oddech. Na pewno to niewiele daje, ale ja czuję się bezpieczniej. Tylko się nie zaciągać.
Strach i lęk są ze mną w czasie każdego wyjścia na zakupy, w Rossmanie trzeba brać teraz ze sobą w sklepie te ich duże wózki na kółkach, kiedy musiałam wziąć pierwszy raz, mało mnie nie wykręciło… I co, ja mam teraz wziąć ten wózek, którego nie wiadomo kto przede mną dotykał?
Sprzedawczyni uspokoiła mnie, że są zdezynfekowane.
Mimo to czułam się, jakby właśnie bez żadnej ochrony zanurzała ręce w lepkim, ciepłym gównie. Ludzkim, nie końskim, bo to by było nawet okej.
No więc zanurzyłam… Nie mając wyjścia. I poszłam. W sklepach bywam pod wieczór, żeby było jak najmniej ludzi. Kiedy ostatnio poszłam za dnia, na dworze przed Netto stała kolejka na jakieś sześć osób.
Na szczęście wszędzie poprzyklejali na podłogach i na chodnikach te taśmy w ostrzegawczych kolorach. To trochę powstrzymuje tych wszystkich idiotów, którzy jak zawsze chcą prędzej, szybciej i w związku z tym mają w dupie moje bezpieczeństwo. Przepuszczam wstrzymując oddech.
Ostatnio jeden taki, stojąc za mną, tak się kręcił, bo akurat teraz musiał sobie bardzo szczegółowo obejrzeć wszystkie rodzaje czekoladek. Dwa kroki przede mą, obok mnie, zaraz za mną…. Myślałam, że gościowi przykopię. Wreszcie odeszłam do tyłu. Jego żonę, też taką chętną do najechania mnie od tyłu wózkiem mimo poprzyklejanych pasów, przepuściłam z pełnym wózkiem. Mimo że miałam w ręku tylko dwie rzeczy.
A hak im w smak.
Ten dystans to już mi na zawsze chyba zostanie.
****
Na spacerach jest lepiej.
Z daleka widać każdego. Można się odsunąć na 3-4 metry, to taka moja osobista bezpieczna odległość, przy niej czuję, że chyba jakby nawet miał dolecieć ten wirus, to po drodze padnie z osłabienia. Poza tym tu te wiatry takie silne, wywieje go. Na pewno z daleka ode mnie. Wiem, brzmi to idiotycznie. Dlatego jak mogę to nawet więcej niż te cztery metry.
Najgorsi są ci, którzy nagle cichaczem biegiem lub na rowerze zbliżają się do Ciebie od tyłu. Większość w dupie ma cały ten dystans. Jedzie wprost na Ciebie, jak zawsze, jak dawniej.
Zbliżają się, gadając dwie laski. Uskakuję w stronę morza, na kamienie. Żeby dać sobie chociaż 1,5 metra.
***
Idę za babką. A raczej sunę powoli, bo właśnie spadłam z roweru, obijając sobie kolana. Bolało, ale za kilka minut łzy obeschły, wstałam, pojechałam jeszcze trochę, mimo dużego wiatru. To był błąd. Odstawiłam rower jeszcze na moment, żeby zrobić zdjęcie. Upadł i błotnik zablokował mi koło. Nie dało się na tym już wrócić do domu, jadąc na tym rowerze.
Musiałam go więc do tego domu zaprowadzić.
Więc lezę, pot mi leci po plecach, bo jednak zwykle jeżdżę a nie prowadzę prawie zablokowany rower. A ta baba przede mną się zatrzymuje, przygląda mi się, staje i gapi się. Chcę ją ominąć, bo stoi mi dokładnie na drodze. Więc ona sobie stoi tak wygodnie na prostym deptaku. A ja z rowerem podchodzę na dystansie te 4 metry od niej pod górkę, żeby ominąć. Klnę na nią w myślach, ale się nie odzywam, nie patrzę, nie zwracam uwagi. Mam wrażenie, że ona koniecznie chciałaby pogadać. Widziała jak upadłam. Nie odwracam głowy. Żadnych rozmówek. Każdy obcy człowiek to potencjalny wróg. Ona z tym niezachowywaniem dystansu na pewno. Widziałam (w końcu pcham rower i idę wolno), jak zatrzymała jedną babkę przede mną i gadały ze sobą. Co za nieodpowiedzialne baby! Niech tylko ode mnie trzyma się z daleka!
Omijam ją łukiem, pcham dalej. Po kilku kilometrach pchania wreszcie udaje mi się dobrnąć do domu.
Rower nadal zepsuty stoi w garażu.
Raz dodzwoniłam się do serwisu, sklep nie działa, ale serwis podobno tak.
Nie dałam rady jeszcze dostarczyć im roweru, bo przed świętami Wielkanocy mieli pełne ręce roboty. Tym bardziej, że muszę założyć na samochód bagażnik rowerowy, a to zawsze przychodzi mi dość ciężko. Mam nadzieję, że tym razem się uda.
Może wreszcie dziś.
Od upadku minęły dwa tygodnie, a ja nadal obiecuję sobie, że odwiozę rower do serwisu. Wczoraj znów nikogo pod telefonem.
***
Kiedy wychodzę na spacery, czy na ulice – pusto.
***
Tutejszy punkt widokowy. Ostatnio przechodziłam tamtędy wracając ze spaceru. Przy wyjeździe stał wóz policyjny, w oddali widać było istny zjazd młodzieńczej tutejszej śmietanki. Tak tu zawsze było, zawsze spotykali się tu młodzi dla zażycia portowych widoków zachodów słońca, a według mnie odbywał się tam festiwal pod hasłem szybcy i wściekli, każdy w wypolerowanym, wystylizowanym podrasowanym aucie…. Wypadało się tam po prostu pokazać. Jak widać i oni nie umieli dostosować się do zakazów. Policja przyszła, zapewne rozdała kilkadziesiąt pouczeń. A od następnego dnia stanął na wjeździe zakaz wjazdu.

Zakaz wjazdu

Zakaz wjazdu

***
Sobota. Wochenmarkt, czyli tutejszy ryneczek.
Nie wierzę! No po prostu nie wierzę!

Bremerhahen Wochenmarkt

Bremerhahen Wochenmarkt

Wszędzie taki tłum, jakby im wszystkim odbiło! Co dadzą te taśmy, te linie narysowane na chodnikach, ci strażnicy (ze dwóch na cały wielki plac), jeżeli sami ludzie nie rozumieją sytuacji i nie zachowują żadnych reguł!
Przechadzają się całe stada. Ma się wrażenie, jakby to był czas sprzed pandemii. Lezą sobie powoli, oglądają to i tamto stoisko. Przy samych stoiskach porządek, zachowane przepisowe 2 metry odstępu. Ale co z tego, skoro chodnikiem obok, o pół metra suną ludzie, o pół metra ode mnie, o metr. Jakby nigdy nic. Zresztą nie sposób ich wyminąć, nie wchodząc sobie w drogę.

Bremerhahen Wochenmarkt

Bremerhahen Wochenmarkt

Zachodzę do dwóch stoisk, zapominam trzeciego. W pośpiechu kupuję, co muszę i uciekam stamtąd. Oddalając się czuję się znów, jakbym ukończyła maraton. Wreszcie można odetchnąć głęboko…
Nie czuję bawet ciężkości plecaka. Dochodzę do domu, zdejmuję rękawiczki, dokładnie myję ręce, rozbieram się. A potem dopiero w spokoju rozpakowuję plecak i wkładam rzeczy do lodówki.
Nadal na wdechu. Nadal z obawą, co też na tych rzeczach przyniosłam.
***
A potem włączam muzykę a się wyłączam.
Nie sposób przetrwać mając stale w uszach wiadomości o liczbie zachorowań i ilości zmarłych. Dlatego wyciszam wiadomości. Co trzeba już wiem.
Zachowuję dystans.
Konsumuję niebywałe ilości witamin i suplementów.
Mam ciągle nadzieję, że mnie ominie.
***
Zakaz wychodzenia jak na razie ma obowiązywać do 20.04.2020.
Stan infekcji koronawirusem na dziś, Niemcy:

Zachorowało (potwierdzonych przypadków zakażeń):
132.210
Wyzdrowiało:
58.112
Przypadków śmiertelnych:
3.495

***
Najlepiej mi nadal kiedy mogę wyjść i poodychać nadmorskim powietrzem. W Niemczech spacer w pojedynkę, lub rodzinnie jeszcze nadal jest możliwy, choć wskazane jest jednak siedzenie w domach. I przez większość czasu ulice są jednak wyludnione.
W weekend na deptaku miejskim nadal jednak masa ludzi…
Omijam ich, chodząc dołem, nad samym morzem.

Bremerhaven, widok z dołu

Bremerhaven, widok z poziomu odpływu morza

Bremerhaven, widok z dołu

Bremerhaven, widok z dołu

 

***Tekst opublikuje się automatycznie po 9 w środę 15-tego kwietnia 2020.

31
Dodaj komentarz

avatar
11 Comment threads
20 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
12 Comment authors
Anna K. OlszewskaiwnowaKen.GAntaresAnnette ;-) Recent comment authors
  Subscribe  
Powiadom o
krystynabozenna

Cóż, a zamierzają wszystkie państwa stopniowo odpuszczać i rozluźniać…
Nie wiem, co to będzie.
Ja akurat mam sklep PSS i warzywniak, gdzie nie ma tłumów na szczęście.
Nawet Biedronka osiedlowa też pusta i jakoś idzie przeżyć.
Rzadko wychodzę, bo mam zapasy.
Zawsze mam zapasy, bo kupuje duże ilości w Internecie,
bo taniej…
Nie wiem, co to będzie…
Nie wierzę , że koronawirus tak łatwo odpuści.
WHO podaje, że szczyt epidemii przed nami…hmmm…

Świechna

Naprawdę uważam, że najważniejszym problemem tej pandemii będzie ilość zaburzeń nerwicowych. U nas słoneczko, więc wyszliśmy na spacer.

Antares

Ja wychodzę raz w tygodniu zrobić zakupy, ale mimo tak rzadkich wyjść, niefajna sytuacja z ludźmi, którzy mają wszystko gdzieś zdarzyła mi się dwa razy. Raz w sklepie, raz w dłuuuuugiej kolejce pod sklepem. Ludzie u mnie na osiedlu raczej zachowują się rozsądnie, ale takie buractwo potrafi ostro podnieść ciśnienie. Miałam ochotę roznieść niefrasobliwców. Boję się, że nam pozostanie strach przed innymi ludźmi, przed światem zewnętrznym. Sama leczę się na depresję lękową, mam to w miarę w ryzach. Ale przez to wszystko pogłębią się ludziom takie problemy jak fobie społeczne, natręctwa (mycie rąk) no i oczywiście lęk. Siedzenie w domu… Czytaj więcej »

anabell

Tu jest w sklepie, który znasz, całkiem nieźle. Teraz poluzowali do 5 wózków (przedtem były 3) , nikt się nie tłoczy, przestrzegają odstępów, nadal wymieniamy uśmiechy. Musze iść do Rossmanna, zobaczę jak jest u nich. Piękne zdjęcia.

alElla

Klik dobry:)
Z Twoich, Iw, obserwacji wynika, że należy stosować system chiński i przyspawać takim ludziom drzwi wyjściowe z domu.
Pozdrawiam serdecznie i zdrowia życzę.

jotka

Nie możemy pozamykać się w domach na pół roku, zwykła grypa tez nieźle kosi.
Nie każdy może pracować zdalnie, a już teraz mówi się o zwolnieniach i oszczędnościach na przyszłość.
maseczki moim zdaniem niewiele dadzą, skoro można zasłaniać czymkolwiek, bo profesjonale maski są dla medyków, a u nas nie kupisz wcale, na razie.
Zresztą, jeśli w masce można być góra 20 min, to ja do pracy idę 40…
Trzymaj się zdrowo.

PKanalia@o2.pl

ujujuj 🙁 … to tak a propos awarii roweru… mnie by zabolało, awaria znaczy… z przebitą dętką to bym sobie poradził, ale nawet zapasowej nie mam w domu… tedy pytanie się pojawia, czy są otwarte sklepy rowerowe?… mam dwa niedaleko, prowadzą też serwis jakby coś… ale nie będę sprawdzał… bo jak nie ma potrzeby, to po co?… a jak się pojawi, to i tak tylko otwarty mnie zadowala… to po co sobie tworzyć problem na zapas?… jeszcze go sprowokuję do faktycznego zaistnienia 😛
p.jzns 🙂

Agnieszka
Agnieszka

Staram się żyć normalnie i nie dać się wciągnąć w jakąś psychozę, bo to dla mnie gorsze niż ten wirus. Pracuję zdalnie od zeszłego tygodnia, a mój mąż chodzi normalnie do pracy na 3 zmiany. Wychodzę z domu, kiedy mam na to ochotę , zazwyczaj na zakupy lub spacer., zachowując nakazane zabezpieczenia, ale nie izoluję się aż tak bardzo od ludzi, tzn. zamieniam np. kilka zdań ze spotkaną koleżanką . Nie panikuję, staram się zachować spokój i jakoś dziwnym trafem myślę bardzo pozytywnie, gdyż uważam, że spotkały mnie już w życiu gorsze rzeczy. No jasne, że szkoda mi urlopu i… Czytaj więcej »

Annette ;-)

Oj, widzę, że nieźle Cię wzięło, a tymczasem tylko spokój i zdrowy rozsądek może nas uratować, bo stres obniża odporność i sprawia, że łatwiej łapiemy różne świństwa. Od miesiąca siedzę w domu, pracuję zdalnie, zakupy robię raz w tygodniu w sobotę – szkoda tylko, że czasem trzeba odwiedzić dwa lub trzy sklepy, żeby wszystko dostać (dziś zaliczyłam trzy skoro świt i zaraz idę do czwartego niestety). Po moich zdrowotnych perypetiach i bez pandemii muszę uważać na siebie ze względu na obniżoną odporność, więc i teraz nie panikuję, bo przez sześć lat zdążyłam się przyzwyczaić i tak prawdę powiedziawszy, odpowiada mi… Czytaj więcej »

Ken.G

U mnie teoretycznie nic się nie zmieniło, bo jak siedziałam w domu, tak dalej siedzę. Ale co się naczytam w sieci teorii spiskowych, to moje. I tylko nerwy tracę…

Anna K. Olszewska

Maseczki nie dają za wiele, bo wirus może przedostać się jakkolwiek, nawet przez oko i stamtąd bez problemu trafia do komórek płucnych. Rękawiczki nie są potrzebne, ważne jest, by jeśli dotykałaś czegoś czego dotykali inni, nie pocierać oczu, nie dłubać w zębie, takie tam i umyć ręce zwykłym mydłem. Ono zabija ten wirus z powodzeniem. BOŻE JEDYNY jaka w Tobie panika się zalęgła. I jeszcze te sztuczne witaminy bierzesz… ale to już mniejsza, kobieto uspokój się, bo nam tu wykitujesz… Jakaś zgroza mnie przejęła. ;/ Na wielu blogach czytam o zmaganiach z wirusem, ale pierwszy raz czytam o takiej bezradności… Czytaj więcej »