Blog

Po trzech latach emigracji

28 września 2019

Już wielokrotnie zaczynałam ten wpis i nie mogłam dokończyć. Powstawały tylko jakieś teksty-potworki. Niedokończone jakieś takie, bezbarwne albo koślawe, chrome, niewidome na jedno oko, niedoskonałe jak niedoskonała jest ludzka natura.
Nic to rzekłam sobie. Czekam, aż przyjdzie.
Co przyjdzie?
Ano natchnienie czy jak mu tam. I nareszcie pomyślałam, że zaproszę Was trochę do mojego życia i pokażę Wam, gdzie teraz jestem i czym żyję.
Wypada po takiej przerwie zacząć od początku, napiszę więc trochę, jak się czuję tutaj po około trzech latach życia.
Moja zagraniczna emigracyjna część życia charakteryzuje się totalnym brakiem kolein, czy utartych schematów, według których jako tako, a czasem całkiem nieźle funkcjonowałam od lat w Polsce.
Łatwo nie było nigdy, ale kiedy się zna system, nawet niedoskonały, łatwiej się w tym systemie funkcjonuje.
A kiedy trafia się do nowego ekosystemu i próbuje zagadać do otoczenia, nawet w tym samym miejscowym języku, i tak nie jest łatwo.
Bo w tym eko- i socjosystemie są już jakieś reguły, które inni obecni wyssali z mlekiem matki i wrośli w niego od plemnika i komórki jajowej, a ty musisz się ich nauczyć rozumowo. I to w wieku już nad wyraz dojrzałym.
W tym roku skończyłam pięćdziesiąt jeden lat i mimo niewątpliwych sukcesów w wielu dziedzinach w życiu, nie wszystko poszło mi tak, jak bym sobie tego życzyła. A może właśnie tak jak miało być?
Tego nie wie nikt, ale już jestem gotowa, żeby o tym opowiedzieć.
Ale może zacznę opowiadać tę historię w miejscu, w którym jestem teraz.
Najlepiej od razu od tego, co mi za dobrze nie wyszło.

Związek
Mój związek z Mikaelem, który z powodzeniem i z wielkimi uczuciami rozpoczęliśmy ponad sześć lat temu, który trwał szczęśliwie przez trzy lata mimo rozłąki i którego ukoronowaniem miał być ten wyjazd i wspólne życie tutaj na miejscu, nie przetrwał.
Powoli dochodzę do wniosku, że nie umiem w związki.
Albo nie mam i nie miałam szczęścia do spotkania właściwej osoby.
Co zadziwiające, po tym wszystkim umieliśmy się dla siebie stać przyjaciółmi. I to ta przyjaźń już kilka razy uratowała mnie tu przed zwątpieniem.
Okazało się nawet, że jako przyjaciele sprawdzamy się lepiej, niż jako partnerzy. Nie jest to taka przyjaźń, że jemy sobie z dzióbków i prawimy komplementy i mówimy o wszystkim. Ale mamy trochę wspólnych tematów, a poza tym znamy się jak łyse konie i wiemy, jak odbieramy rzeczywistość. Jest między nami na tyle wzajemne zaufanie, że to On ma klucze do mojego mieszkania w razie czego. A ja teraz mam jego, podczas gdy wyjechał na urlop do Tajlandii. I to On zajmuje się kicią, kiedy muszę zostawić Mozarta z powodu delegacji służbowej na dwa-trzy dni samą.
Nie spotykamy się zbyt często, ale czasem, kiedy mam gorszy dzień wiem, że mogę do niego zadzwonić, albo przyjść wypić herbatę. I odwrotnie też.
Kiedy ukradli mi rower, to On zorganizował mi stary rower od rodziców i zaprowadził do serwisu, żeby mi posłużył przez najbliższe miesiące, zanim sobie coś wybiorę i kupię może jakiś nowy.
Nie opowiadamy sobie za bardzo o naszych próbach wchodzenia w nowe związki, bo oboje czujemy się z tym dość niezręcznie. Czasem coś na marginesie czy bardziej wprost – tak próbuję coś, właśnie zaczęłam, albo – tak, spotkałem się z kimś, ale była dziwna i nic z tego nie wyszło. I to wystarczy.
Nadal jeszcze zdarzają nam się rozmowy i różne podsumowania na temat tego, co między nami nie wyszło, a czego chwilami brakuje, bo funkcjonowało naprawdę świetnie. Ale nie zatapiamy się w tym, bo dość dokładnie to przewałkowaliśmy pod koniec związku i po rozstaniu, ciężko było, ale tak właśnie chyba było najzdrowiej. Mogę powiedzieć, że w tym przypadku było to najlepsze zamknięcie, jakie można sobie wyobrazić po takim związku.
Mam wiele wartościowych wspomnień, nie mogę wieszać psów na byłym, bo w sumie postąpił wobec mnie uczciwie, chociaż czasem troszkę się wyzłośliwiam, bo kto by się powstrzymał. 🙂
Może ważne jest to, że przyczyną rozstania nie była żadna osoba trzecia, ale więcej o tym pisać nie chcę, tyle prywaty wystarczy.

Bardziej chyba mogą zainteresować Was warunki w których żyję, mieszkam, pracuję.

Mieszkanie
Rok temu na początku sierpnia wyprowadziłam się ze wspólnego domu (mój partner nieco wcześniej, więc miałam luz podczas przygotowań i pakowania) i zamieszkałam w wynajętym od spółdzielni mieszkaniu. Wcześniej je musiałam odnowić, bo było dość zniszczone przez poprzednich lokatorów. Remont trwał miesiąc, zerwałam wszystkie tapety, ściany zostały odświeżone, wyrównane, wygipsowane (nie że aż gładź, ale jest w miarę równo), pomalowane świeżą farbą. Tak, żebym się tu czuła dobrze.
Potem była przeprowadzka, jakieś tam rozstawienie rzeczy, głównie mebli na moich nowych włościach i to tyle.
Musiałam jakoś poukładać swoje rzeczy, żeby móc tu rozpocząć, po raz kolejny na nowo, moje samodzielne życie.
Wtedy jeszcze mi się bardziej chciało, a raczej jak wyżej – musiałam. Nawet okna sama umyłam… W tym sezonie muszę przyznać, jeszcze mi się nie udało. Ale trochę mnie zniechęciła rozpoczęta gdzieś trzy miesiące temu tuż przed moimi oknami budowa. Ile bym się nie namyła, zawsze będzie taki sam kurz maksymalnie za tydzień.
Największą zaletą tego mieszkania jest jego bliskość do morza. O tym Wam jeszcze opowiem, bo to jeden z moich ulubionych tematów i tu się nie chcę (nie mogę) rozpisywać, bo nie będę umiała skończyć.
Przeskok od mieszkania w domu, we własnych czterech ścianach do mieszkania w bloku, z innymi lokatorami, wspólną pralnią i piwnicą na rowery, wspólną klatką schodową i ludźmi, których słyszy się codziennie nad sobą i przechodzących obok moich drzwi wyżej (bo mieszkam na tzw. wysokim parterze, na parterze jest jeszcze poziom piwnic), to wielka zmiana. Nie do końca jeszcze się w tym odnajduję, chociaż dostrzegam wiele plusów tego stanu rzeczy, jak choćby mniej pracy, bo odpada pielęgnowanie ogródka, za koszenie trawy odpowiada spółdzielnia, za sprzątanie klatki schodowej też.
Ja tylko płacę co miesiąc czynsz, dostałam nawet zwrot za ogrzewanie i obniżkę opłat za prąd i gaz – mieszkam tu sama, mimo że czasem mam gości, więc i zużywam mniej, niż zamieszkała tu poprzednio lokatorka – pani z córką w wieku gimnazjalnym. Ogólnie dobrze mi się tu mieszka, ale jeszcze nie do końca czuję się tu tak naprawdę u siebie.
Największą zaletą tego mieszkania jest położenie: leży prawie w samym centrum Bremerhaven.
Spacerkiem przemieszczam się tak na główny deptak nadmorski, tak zwany Deich, jak i do pasażu w centrum miasta.

IW Bremerhaven

IW Bremerhaven

Jest takie miejsce na nabrzeżu Morza Północnego, gdzie lubię sobie przyjechać i posiedzieć, albo nawet poleżeć, jeśli nie zapomnę wziąć bluzy do tego poleżenia.

IW, BHV

Początek tego nabrzeża, tzw. Lunedeich

Praca
Zostałam tutaj, czyli w Niemczech, bo w międzyczasie znalazłam zatrudnienie i mam stałą pracę w firmie handlowej sprzedającej produkty dla sektora rolniczego. Praca jak to praca, ma zarówno plusy, jak i minusy. Plusem ale i jednocześnie minusem jest to, że jest to praca bardzo samodzielna, co sprawia, że czasem też dość stresująca, ale i satysfakcjonująca. Stresem jest dla mnie posiadanie szefa, bo to pierwsza taka sytuacja od lat. Czasem się spieramy, ale ogólnie chyba układ mamy nie najgorszy, skoro wytrzymałam w tej pracy już niemal dwa lata (a współpraca trwa jeszcze dłużej, więc tak zusammen do kupy pracuję dla mojego szefa już trzy lata). I jak to z szefem – czasem mnie uskrzydli i mamy radochę z tego, co uda się osiągnąć, ale codzienność to raczej wytykanie palcami, co jeszcze mogę zrobić dla firmy. Albo co zrobiłam źle czy czego jeszcze nie zrobiłam. Nietrudno zauważyć, jeśli jest się jedyną osobą w tej firmie. Tak, pracuję sama i sama póki co odpowiadam za całość działalności firmy, która działa na zlecenie firmy polskiej, ale w całości na prawie niemieckim. Kiedy ja czegoś nie zrobię, to od razu widać, że nie jest zrobione. Nie mam na razie żadnego zastępstwa, ani nikogo, z kim mogłabym dzielić swoje obowiązki. O tyle to przypomina mi moją poprzednią działalność. Ale na tamtej działalności, czyli na tłumaczeniach, znałam się naprawdę dobrze. Na nowej działce – dopiero się poznaję. A wiadomo – to rodzi wiele trudności i często prowadzi do stresów.
Ale póki co jak widać daję sobie radę, skoro nadal tu jestem, pracuję, mieszkam, płacę czynsz i podatki, jestem ubezpieczona i chodzę do lekarza, rzadko jak zawsze. Zakończyłam wszelkie sprawy w Polsce, nawet drobną działalność gospodarczą przeniosłam tutaj.

Podsumowanie zawodowe
Plusy stałej pracy są niewątpliwie takie, że wreszcie mogę sobie spokojnie zaplanować jakieś większe wydatki, bo po latach jestem w sytuacji, że na konto co miesiąc wpływa mi stała kwota. Niezła w gruncie rzecz biorąc.
Pracę mam na tyle samodzielną, że mogę ją wykonywać tak w Niemczech, jak i przebywając na przykład w Warszawie. A mogłabym i na Sri Lance czy w Budapeszcie. Ale czasem jednak istnieje konieczność pojechania w delegację i wtedy muszę być na miejscu.

Tłumaczenia, czyli praca dodatkowa
Bo pewnie mnie zapytacie, czy jestem tu nadal tłumaczem. Owszem, mam teraz dwie pieczęci tłumacza przysięgłego – od roku 2000 nadal polską, a od 2018 roku mam też niemiecką, na którą czekałam ponad 2,5 roku. Czasem coś jeszcze po godzinach pracy przetłumaczę. Nie promuję się specjalnie, mam zarejestrowaną swoją stronę internetową i jeśli mnie ktoś znajdzie, a ja akurat mogę, to wykonuję niewielką ilość tłumaczeń. Każda dodatkowa kasa przecież może się przydać. Ale nie forsuję się, bo w mojej stałej pracy muszę mieć świeży umysł, dużo siły i energii. Nie mogę być wypompowana, bo bym sobie w niej nie dała rady.

Polska
Nadal czuję się Polką mieszkającą w Niemczech. Mówię i piszę biegle po niemiecku od tylu lat, że akurat zmiana języka codziennego funkcjonowania nie była nigdy dla mnie problemem. Tylko czasem już bywa, że czuję się trochę dziwnie przez pierwsze godziny czy dni, kiedy przyjeżdżam do Polski.
W Polsce po pewnym czasie, kiedy już wiedziałam, że mój związek raczej nie wyjdzie, a jeszcze nie wiedziałam, że wyjdzie mi praca, za kasę z domu kupiłam mieszkanie, coś tam jeszcze zostało, chociaż sporo poszło na urządzenie obu mieszkań. Tamto w Warszawie traktuję jak hotel, czy biuro do pracy kiedy tam jestem.
Bywam w Warszawie nadal co jakiś czas, bo zostawiłam tam córkę i mamę. Tęsknię też do moich przyjaciół.
W ogóle ostatnio dużo tęsknię, ale o tym będzie osobny wpis, bo to głębszy temat.

Niemcy
Traktuję obecnie Niemcy jako moją nową ojczyznę. Pod względem pracy okazała się jak na razie dość przyjaznym miejscem. Udało mi się, bo mam tu niezłą pracę, podoba mi się moje miasto, mimo że nie ma najlepszych recenzji w Niemczech, jako charakteryzujące się dużym odsetkiem bezrobocia i ogólnie dość biedne. Ale oczywiście i tutaj można nie mieć pracy, mieć bardzo słabą lub mieć całkiem albo nawet bardzo dobrą pracę. Ciężko jest jak wszędzie. Ale należę do ludzi, którzy wykorzystują swoje mocne strony. Staram się przeć do przodu, nawet kiedy czasem jest bardzo trudno. I jak na razie ta strategia daje całkiem dobre efekty. Nadal tu jestem: mieszkam, pracuję, żyję i samodzielnie się utrzymuję.

A po pracy wrzucam na siebie sportowe buty i mam w zasięgu kilkuset metrów takie widoki.

Albo mogę sobie pogapić się na bujające się na wodzie żaglówki, prawie jak w Mikołajkach. 🙂

IW Bremerhaven

Panorama nad Morzem Północnym, Lunedeich Bremerhaven

Plany
W tej chwili jestem zadowolona z mojej pracy i miejsca, w którym mieszkam.
Nie czuję jeszcze potrzeby zmiany. Chociaż takie tęsknotki czasem mi się pojawiają.
Zmianę czasem wymusza sytuacja, bo jeśli coś się dokumentnie schrzani, to nie ma wyjścia, trzeba zmienić miejsce na lepsze lub chociażby spokojniejsze.
Ale dziś nie myślę o tym, bo nie mam na to wpływu. Staram się robić dobrze to, co mogę, co umiem i na co mam wpływ i jestem dość spokojna, że sobie z takim podejściem dam dalej radę.
Zaczyna mnie jednak swędzieć to miejsce w środku, gdzieś w okolicy duszy, serca i wewnętrznego napędu, w którym przechowywane są emocje odpowiedzialne za rozwój.
Myślę, że od tego swędzenia może się zacząć jakiś kolejny etap.
A że mój nick wziął się od nieustannych i częstych zmian w moim życiu, to pewnie oznacza to dojrzewanie do zmiany bądź zmian.

Tęsknoty
Pojawia się też tęsknota za czymś nowym w moim życiu. Jak na razie mam zamiar po powrocie z urlopu połazić sobie trochę po mieście w poszukiwaniu nowych, ciekawych zajęć ruchowych, bo stanowczo za dużo siedzę. A chętnie bym się poruszała. Oczywiście mam swoje długachne spacery (przedwczoraj 14 km, wczoraj tylko 8,5 km), czy przejażdżki rowerowe, ale tęskno mi za ruchem w tańcu. Zobaczymy, czy znajdę odpowiednie dla siebie zajęcia. Mam już pewno miejsce, do którego zamierzam uderzyć po urlopie.

Przyjemności
A teraz jeszcze kilka słów o słonecznej stronie życia, czyli o przyjemnościach. Bo życie nie składa się tylko z obowiązków. Nie ma smaku, jeżeli nie dodamy do tej mieszanki trochę słodyczy i strawy duchowej…
Znów, a może wreszcie znów czytam dużo – książek, artykułów, fajnych reportaży. Oglądam też kształcące filmy na różne ciekawe tematy – w sieci można znaleźć mnóstwo fascynujących i ciekawych materiałów w formie filmów i podcastów.

Urlop
Aaaa, nie mówiłam Wam jeszcze, że właśnie wybieram się na urlop. Najpierw na tydzień do Warszawy, a potem wybieram się na drugi tydzień do mojej Przyjaciółki, bardzo się cieszę na to spotkanie, bo nie widziałyśmy się chyba ze dwa lata. A mamy mnóstwo tematów do obgadania i myślę, że to będzie bardzo dobrze spędzony czas. Napiszę o tym na pewno.
Właściwie miałam wyjechać już dziś, ale jestem jak to zwykle bywa w tak zwanym niedoczasie, nie dałam rady się wczoraj spakować, potem źle spałam i jestem mentalnie i fizycznie troszkę za słaba. Zrobiłam sobie więc zakupy na drogę, bo w Warszawie lodówka świeci pustkami.
Moje walizki i torby już przygotowane i niedługo zacznę tam pakować rzeczy. Nie za dużo, bo teraz już mam jako tako zaopatrzone szafy w obu domach. Dam radę na dziś wieczór, a pojadę jutro rano.

Muzyka
Uwielbiam! Kocham! Stanowczo zbyt rzadko słuchałam poprzednio muzyki dla przyjemności. Owszem, w latach szkolnych namiętnie zapadałam się w rytmach Listy Przebojów programu trzeciego.
Ale potem … No cóż. Były długie chude lata, kiedy muzyka była tylko jakoś tam w tle, ale ostatnio bardzo mocno znów muzyka dodaje mi energii.
Szukam nowych rytmów, wykonawców. Zachwycam się.
Jednym z ostatnich moich odkryć polskiej muzyki jest MC Silk.
Zapraszam Was do posłuchania.

Bardzo lubię też kolejny kawałek, który polecam do przygotowania przed maturą z matmy „PiPi”, a w deszcz możecie ze mną posłuchać „Deszcz”. Nie umiem jakoś właściwie wstawić linków do nich, ale na You Tube znajdują się tuż za tą pierwszą, jak dla mnie maksymalnie naładowaną energią. Warto posłuchać tekstów. 🙂

Albo to Kasia Tontor, Coolgirl, cóż to za świetny kawałek!

Bardziej miękkie rytmy, których słucham to Clueso…
Już Wam go tu kiedyś pokazywałam, nawet przetłumaczyłam dla Was jedną z piosenek.
A dziś może tematycznie jako tło do pierwszej części czas na piosenkę o tym, jak to niełatwo jest w miłości.

Refren: jeśli kochasz, pozwól mu / jej odejść…

Ano tak emocjonalnie dziś będzie na koniec. Ale cóż – życie bez emocji, tych cudnych i pobudzających, jak i tych podszytych smutkiem, nie byłoby tak fascynującym przeżyciem, jakim jest.

Zapomniałabym, że poznałam też wykonawców rosyjskich. Zobaczcie, co oni wyprawiają.

Albo posłuchajcie tego:

Myślę, że sporo z Was pamięta jeszcze rosyjski, ale i dla mnie nie jest zbyt łatwo zrozumieć te poetyckie teksty. Ale przyjemność ze słuchania muzyki mam wielką.

To tyle tytułem wstępu, czyli powrotu do blogowania, podobało się Wam? Jeśli tak, to będę opowiadać więcej.

A teraz zostawiam Was z moją muzyką i lecę się dalej pakować.
Udanego weekendu Wam życzę!

27
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
14 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
NitageriwnowaBeataiwnowaiwona Recent comment authors
  Subscribe  
Powiadom o
Basia
Basia

Iw! Przede wszystkim-udanego urlopu! Bardzo podoba mi się Twój stosunek do życia, Dodam tylko, że ja z moimi byłymi zawsze też zostawałam w przyjaźni:) Serdeczności posyłam!

anabell

A ja na razie jeszcze nie robię podsumowania- jedno co wiem na pewno- nie tęsknię za Warszawą, nie tęsknię za Polską. Zresztą tam już nie mam żadnej bliskiej rodziny. I choć na razie płaczę z powodu śmierci męża nadal mi się tu podoba. A teraz czekam na Twój przyjazd. Związki – każdy związek to wielka niewiadoma i ciężka praca i żeby był taki związek udany niestety obie strony muszą się starać i to niestety stale, powiedziałabym , że nawet codziennie, a to przecież męczące i może nawet czasem nudne.. Inaczej nic z tego nie wyjdzie. Związek to sztuka dyplomacji i… Czytaj więcej »

iwnowa
iwnowa

Witaj Anabell, Gdybym nie miała w Polsce nikogo, to być może moje tęsknoty wyglądałyby zgoła inaczej, ale tym bardziej z perspektywy pracy z daleka jakaś życzliwa dusza choćby na telefonie stamtąd to bardzo ważna sprawa. Mnie też się podoba moje miasto Bremerhaven, ale też tęsknię za Berliniem, bo dawno tam nie byłam i mam tylko dobre wspomnienia. A za Tobą to już w ogóle tęsknię bardzo, chyba dwa lata się nie widziałyśmy! :)))) Więc też czekam. Pewnie dlatego, że związki nie są łatwe, tylu ludzi nie ma udanych, albo nie ma żadnych. A niektórzy nawet jeśli są w związkach, czują… Czytaj więcej »

Annette ;-)

Szczęśliwej podróży – i ej przez życie, i ej urlopowej 🙂

jotka
jotka

Bardzo to wszystko optymistyczne, mimo życiowych zawirowań, bo bije od Ciebie spokój, a jeszcze to swędzenie duszy, to dobry znak.
Widocznie zmiany, nawet te niespodziewane wyszły Ci na dobre. Mieszkasz cudnie, tego zazdroszczę naprawdę.
Mnie już męczy praca w ogóle, syndrom wypalenia i jego macki, marzę by wreszcie robić coś innego, ale to już na emeryturze raczej.
Pisz dalej, wątki bardzo ciekawe, ludzkie historie to sedno ciekawości świata…

PKanalia

może tak pokrótce w kwestii Mikaela… znam sprawę na tyle, na ile o tym pisałaś… i pewnie znasz moje zdanie: wielki lajk i szacun, tak się załatwia sprawy, z klasą… możemy się z kimś już nie bzykać, bo coś tam, ale dlaczego mamy się z tym kimś nie kumplować?… ja ze swoimi Byłymi utrzymuję przyjazne relacje, ostatnio jednej szafę składałem…

przeczytałem i odsłuchałem uważnie całość, ale czegoś mi tu brakuje… gdzie jest Mozart?…

aha… jeszcze te 51 lat… czyli „młoda dupa”, więc w czym problem?… nie trybię zagadnienia…
p.jzns 🙂

Iwona Zmyslona
Iwona Zmyslona

Świetnie, że w trudnych chwilach możesz liczyć na ex, ale na dłuższa metę trudno jest być samą. Masz mieszkanie, masz pracę i pieniądze na koncie. Trzymam kciuki żebyś miała kogoś najbliższego,bo książka, sport, nie zastąpią człowieka.

Andrzej

Rozdział „Związek” przeczytałem wielokrotnie, bo dostrzegłem w nim wielkie podobieństwo do moich przeżyć. W stanie bezżennym przetrwałem do 40 r.ż., w tym okresie jednak zaliczyłem długi, bo 15 letni staż współżycia z jedną osobą (mieszkaliśmy u mnie, czasem u niej, prowadziliśmy wspólne gospodarstwo, znajdowaliśmy nowych partnerów, i … wracaliśmy do siebie). Nie zdecydowaliśmy się jednak na formalne potwierdzenie istniejącego związku. Oboje założyliśmy własne rodziny (śluby kościelne, dzieci, itp.), ale spotykamy się nadal w tym „rozszerzonym” gronie. To przekonało mnie, że związki partnerskie to coś znacznie bardziej wartościowego niż te pobłogosławione przez księdza, czy urzędnika. Niestety, aby to zbudować, trzeba czasu… Czytaj więcej »

Ania O.

To mi przypomina kilka moich historii, kiedy po zamieszkaniu razem zaczynało się sypać. Powody były różne, nic nigdy nie powtórzyło się dwa razy. Doszłam do wniosku, że szkoda mi na to czasu i muszę szybciej decydować się na to, by (dosłownie) sprawdzić jak się z danym ukochanym żyje, by nie okazało się po latach, że to już nie jest ukochany, a kreatura, z którą żyć trzeba. Moje rozstania nigdy nie kończyły się na przyjaźni. Zbyt wiele negatywnych emocji, by zaufać. Lubię Twoje historie z życia, bo czyta się je jak książkę. Nawet jeśli dotyczą remontów, to i tak. Mam wrażenie… Czytaj więcej »

Świechna

Dziękuję Ci za ten wyczerpujący wpis. Jedna piosenka się do mnie przyczepi. Mówi mi, że pora wrócić do niemieckiego 😀 U mnie jest inaczej niż u Ciebie, ale jakoś … czuję Twoje tęsknoty. I podziwiam Cię … mocna z Ciebie babka. Dla Ciebie o Mozarta uściski.

margarithes

Masz dobre życie :* miłość zawsze może się zjawić, ważne by lubić siebie, wtedy ta nieobecność jest do przyjęcia..

iwona

Podziwiam cię imienniczko za taki osobisty wpis. Nie mam na tyle odwagi, by pisać o sobie i to szczerze w dodatku. Najważniejsze, że sie odnalazłaś mimo, że w obcym kraju. Możesz być z siebie dumna. Życzę ci powodzenia.

Beata

Życie się toczy bardzo różnie, ale warto postarać się, żeby nasze dawne relacje nie zostały zerwane, a jedynie wyciszone. Rozstania z klasą, zmiana ojczyzny, zmiana życia, to jest wyzwanie, z którym sobie poradziłaś. Myślę, że taki masz fajny, dobry charakter:)
Pozdrawiam serdecznie i następnym razem może jakaś kawa w Wawie? 🙂

iwnowa
iwnowa

Czasem tak bywa, że chętnie zachowujemy te dawne relacje choćby we wspomnieniach. Dobrze jest wyjaśnić sobie wszystko z kimś, z kim dalej być nie możemy, a kto mimo to był dla nas ważny, to czyści przedpole i pozwala przejść na inny poziom znajomości. Tym razem obie strony chciały więc się to udało. Z tym charakterem to jest tak, że albo się mnie bardzo lubi od razu, a docenia jeszcze bardziej z czasem, albo niektórzy starają się ze mną walczyć i wtedy jest klapa, bo ja walczyć z przyjaciółmi nie zamierzam i nie przepadam za tym. 🙂 Bardzo chętnie, jeśli tylko… Czytaj więcej »

Nitager
Nitager

No, nie powiem, jestem zaskoczony. Tak się odsłoniłaś na tym blogu, że człowiek dostaje wyrzutów sumienia – bo sam tak nie potrafi…