Blog

Wyprawa po złote, a właściwie biało-czarne runo

24 października 2020

Jestem pewna, że bieżący rok pozostanie nam w pamięci jako jeden z najbardziej szalonych okresów w naszym życiu. Nie sądziłam, że będę zmieniać plany mojego urlopu z dnia na dzień i że będę się jeszcze cieszyć, że spędzam go bezpiecznie we własnych czterech ścianach.

Od piątku 23.10.2020 w związku z narastającą sytuacją pandemiczną niemieckie władze uznały Polskę w całości za obszar zagrożony i wprowadziły dodatkowe ograniczenia. Czyli już od wczoraj od północy w razie wjazdu do Polski osoby zamieszkałe w Niemczech musiałyby się liczyć z 14-dniową kwarantanną lub poddać się testowi na obecność covid-19.

Podczas ostatniego pobytu na urlopie w Warszawie pod koniec sierpnia 2020 zostawiłam kicię u Mamy, bo nie dałabym rady pokonać kilkuset km przez 3 dni (a to bym musiała zrobić, bo nie miałam gdzie zostawić kotka podczas dwudniowej delegacji, nasz hotel się do tego nie nadawał). Dzięki tamtej decyzji odpadła mi jedna dodatkowa trasa w tak krótkim czasie długości 1100 km. Miałam wrócić po Kicię za ok. dwa tygodnie… Tak się jednak złożyło, że nie udało mi się jej odebrać do teraz, po drodze były wyjazdy służbowe a w ostatnim tygodniu nawet przeziębienie.

Decyzje rządów przyspieszyły i moją decyzję, czyli wczorajszy wyjazd do Warszawy planowany na czas urlopu, czyli na dwa tygodnie. Uznałam jednak, że siedzenie teraz w Polsce, a szczególnie spodziewana kwarantanna po powrocie mogłyby mi za bardzo zaburzyć mój spokój. Dlatego wczoraj zaraz po pracy wsiadłam do już spakowanego samochodu, spakowanego poprzedniego dnia do wyjazdu nad granicę, do której moja córka miała mi przywieźć Mozarta. Ku mojemu szczęściu nawet mama wybrała się z nimi w tę długą podróż. Miał ze mną jechać mój przyjaciel, żebyśmy zmieniali się za kierownicą, ale w ostatniej chwili zrezygnowałam z jego towarzystwa, bo obawiałam się, że dojedziemy po jego pracy zbyt późno i nie będzie czasu na spotkanie, albo wrócimy jeszcze później.

Włączyłam samochód … a raczej chciałam włączyć i miałam od razu ruszać spod domu. Niestety po raz kolejny w ciągu ostatnich dwóch tygodni zawiódł akumulator.

Akku kaputt

Akku kaputt

I znów musiałam wzywać pomoc drogową, żeby uruchomić samochód. Na szczęście auto jest ubezpieczone, a dodatkowo mam je też na gwarancji Nissana, która też umożliwia wzywanie pomocy w razie awarii. Skorzystałam i pan z pomocy drogowej był w ciągu 7 minut. Uznałam jednak, że nie zaryzykuję podróży na 2 x 600 km z zepsutym akumulatorem, które po postoju mógłby mi nie odpalić, to czyste szaleństwo, którego sobie nie chcę fundować. A jechać w podróż autem mojego przyjaciela, które chciał mi pożyczyć też uznałam za ryzyko, bo nie jeździłam nim nigdy dłużej, nie znam go, no i ja mam ubezpieczenie z dalszym holowaniem… No cóż, w takich sprawach musi decydować rozsądek.

Świeżo uruchomionym samochodem – ale za to w coraz większych nerwach, bo czas uciekał – pojechałam do pobliskiego warsztatu zapytać, czy nie mają przypadkiem dla mnie akumulatora. Nie mieli. Ale jeden z ich pracowników zorientował się, że jestem Polką i szybko przeszliśmy na polski. W warsztacie nie było akumulatora dla mojego samochodu. Musiałabym czekać kilka dni… Ale dość szybko pan znalazło się rozwiązanie, bo ten sam pan poradził mi zadzwonić do znajomego warsztatu, w którym okazało się, dostępny jest akumulator do tego typu auta. Z wielką ulgą pojechałam do tego drugiego warsztatu, akumulator został wymieniony na poczekaniu, a cała operacja trwała krócej niż 35 minut. Zostałam wprawdzie skasowana na pokaźną sumkę, ale mogłam jechać dalej. Teraz pozostaje mi jeszcze podłączenie go gdzieś w autoryzowanym warsztacie do komputera, bo mi się tak wszystkie dane poprzestawiały, a część nie działa.

Z tego całego stresu wysiadając z auta wsadziłam mój prawy kciuk między drzwi a karoserię. W tym momencie popłakałam się pierwszy raz tego dnia. Bolało strasznie! Dobrze, że w warsztacie znalazł się dla mnie bandaż i plaster. Z zawiniętym bandażem paluchem, w moim dzieciństwie mówiło się na to „z kukiełką”, wsiadłam od razu po wymianie akumulatora do samochodu i pognałam na autostradę.

Podróż była bardzo długa i męcząca, niemal na całej trasie drogę wielokrotnie zalewał ulewny deszcz, chwilami miałam wrażenie, że tańczę, a nie jadę samochodem po jezdni. Po drodze napotykałam też co chwila roboty drogowe i wypadki. W trakcie podróży nie stawałam ani razu, udało się, bo prawie nic nie piłam oprócz zabranej w termos kawy. Kiedy dotarłam na miejsce spotkania, do Nevada Center w Poźrzadle, córcia z mamą już tam były. Dla mnie zamówiły obiad tuż przed zamknięciem restauracji.

Wymiana naszego biało-czarnego runa odbyła się szybko, bo każda z nas zdawała sobie sprawę, że mamy mało czasu. Ja przed północą musiałam opuścić Polskę, a w tak szybkim tempie nie znalazłam hotelu po drodze do domu, gdzie mogłabym przenocować z kotem. Zresztą marzyło mi się spanie we własnym łóżku z kicią na znajomym terenie…

W drodze powrotnej czułam się już bardzo zmęczona. Co się w takich przypadkach robi? Ano jedną z lepszych opcji jest rozmowa. Zadzwoniłam więc do Przyjaciółki. Anabell – dzięki za odprowadzenie mnie prawie pod drzwi garażu! Myślę, że głównie dzięki Tobie nie zasnęłam, nie wylądowałam w rowie, ani nie musiałam jednak nigdzie podsypiać. Tym większa zasługa, jeśli wziąć pod uwagę, że dojechałam o godz. 3:10! 

Kicia czekająca w kontenerku na ławce w Nevadzie, nasza pospieszna wspólna kolacja, jedno zdjęcie na pamiątkę, objęcia z córką, pozdrowienia z daleka z mamą w maseczce…. Oj ciężko było. Przekazałyśmy sobie wzajemnie wszystko, co było do przekazania. Po ok. pół godziny nadszedł czas pożegnania. Każda z nas wsiadła do swojego wehikułu i wtedy popłakałam się po raz drugi tego dnia. Ale co było robić, trzeba było ruszać. Tak więc po chwili pomknęłyśmy w przeciwne strony. Z tego bólu i przez trudne warunki na drodze nie zrobiłam ani jednego zdjęcia w ciągu podróży, jak nigdy! Tylko moja córka wpadła na ten pomysł i mamy jedno pamiątkowe, niewyraźne zdjęcie. Potem pomogła mi zmienić opatrunek i ten nowy trzymał się do dziś do popołudnia.

Kciuk do góry

Kciuk do góry, mimo wszystko to był udany dzień!

Najlepsze wydarzyło się po przyjeździe, kiedy już wniosłam kontener z kicią i pozostałe torby do domu. Jak tylko kicia wyszła z kontenera natychmiast udała się na intensywne zwiedzanie otoczenia, na początek dostała tylko trochę chrupek i wody. I tak zbyt nerwowo je zjadła, bo po pół godziny wszystko zwymiotowała – na szczęście na płytkach przed balkonem. Nie szkodzi, posprzątałam szybko, a potem już jadła spokojniej.

Od wczoraj odbywa się rytualne zwiedzanie wszystkich miejsc w domu, poza tym przypominamy sobie nasze dialogi. Jest ugniatanie i udeptywanie pani łapkami, mizianie i łaszenie, a spanie jest już na podusi na parapecie. A w dzień w ulubionym hamaczku.

Poniżej materiał zdjęciowy, od dziś znów będzie dużo, dużo kotka na zdjęciach 🙂

Mozart wreszcie w domu

Mozart wreszcie w domu

Mozart patroluje balkon

Mozart patroluje balkon

Mozart śpi

Mozart śpi na parapecie sypialni

Już wszystko po staremu

Już wszystko po staremu

Już wszystko po staremu, Mozart pije wodę ze słoika

Już wszystko po staremu, Mozart pije wodę ze słoika

Mizianko na kanapie

Mizianko na kanapie

Mozart mówi: no proszę tu do mnie, pomiziamy się

Mozart mówi: no proszę tu do mnie, pomiziamy się

Mozart: nie to nie, idę

Mozart: nie to nie, idę

A dostanę wreszcie coś do jedzenia?

A dostanę wreszcie coś do jedzenia?

W ulubionym hamaku

W ulubionym hamaku

Czyli tak: operacja się udała, pacjent przeżył, tylko stracił paznokieć… (uwaga, pod linkiem treści nieprzeznaczone dla osób wrażliwych!)

Więcej zdjęć pod linkami wyżej.

Wasza IW

Subscribe
Powiadom o
guest
21 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Marchevka

Ciężki czas za Tobą ale teraz już jesteś bezpieczna i masz kotka ;* i piękne widoki w BH.

anabell

Komentarz masz na FB. Ale tego linku to ja nigdzie nie widzę, chyba oślepłam. Idę spać.

jotka

Opowieść jak z filmu grozy, popłakałam się niemal z Tobą.
Najważniejsze, że bezpiecznie wróciłaś, a kotek dotrzymuje Ci towarzystwa.
Oby podobne niespodzianki omijały Cię szerokim łukiem!

Anna K. Olszewska

To jak misja niemożliwa, ale wszystko się udało i dopięło na ostatni guzik.
A tego linku to ja nie widzę.

Antares

Ale przygód miałaś…współczuję. Głupi akumulator tyle potrafi skomplikować. Palec musiał okrutnie zaboleć – od samego przeczytania aż mnie zabolało. Dobrze, że przechwycenie runa zakończyło się pomyślnie i dałyście radę o czasie nawrócić i popędzić w drogę powrotną. Strasznie skomplikowane teraz te nasze czasy, ale człowiek to takie stworzenie, które umie się dostosować do każdej chorej sytuacji i w niej zorganizować. Super, że miałaś towarzystwo przez telefon. Sama często w różnych sytuacjach towarzyszyłam w taki sposób znajomym – a to w podróży, a to zdalnie na spacerze, nawet mi się zdarzyło towarzyszyć tak znajomej, która pobłądziła w lesie, a że zmrok… Czytaj więcej »

Antares

Gaduła z gadułą, zwłaszcza te co mają jakieś zainteresowania, mogą bezendu 😀 A zwierzoluby mogą już w ogóle bezendu i jeden dzień dłużej 😉

PKanalia

super!… galerię fotek biorę osobiście, bardzo pozytywnie zresztą… a wiesz, ja ostatnio mieszkam na dwa domy, raz nocuję u siebie, gdzie jest jedna Kicia, a raz gdzie indziej doglądając drugiego Kicia /bo to chłopak akurat/, który z pewnych przyczyn został bez opieki… a przygoda z akumulatorem… no cóż, pamiętam, jak kiedyś w Amsterdamie zasnąłem w aucie na campingu przy włączonym radiu i zapalonymi lampami, a rano nie było jak odpalić do wyjazdu… ale to było tylko rozładowanie i uczynny pracownik campingu, taki Pan Turecki, „złota rączka” od wszystkiego wsparł nas magiczną walizeczką z kabelkami i było po kłopocie… jednak chwila,stresu… Czytaj więcej »

Annette ;-)

Kciuk nie taki straszny, jak by się wydawało – kiedyś ten bok przylegjący do paznokcia obcięłam sobie na ręcznej krajalnicy/szatkownicy do warzyw, to był widok :-DDD

Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło i kicia oraz Wy wszystkie bezpiecznie dotarłyście do domów.

Last edited 1 miesiąc temu by Annette ;-)
Nitager

Ale na kukiełce się skończyło, czy coś poważniejszego?

Nitager

Iw, tu potrzebny jest rentgen!
Może być, że jak to zaniedbasz, już sobie na klawiaturze nie poklikasz. A co to znaczy w Twoim zawodzie, nie musze Ci mówić.
Do lekarza – natentychmiast!

Teatralna

Iw niestety paznokieć zejdzie. Współczuję tych wszystkich fatalnych chwil i trzymaj się zdrowo. Ech.

21
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x