Krótko mówiąc: gdzie mamy się podziać?
Ze mną nie ma problemu: Przyjaciółka znowu okazała wielkoduszność i powiedziała, że mogę u niej siedzieć, ile będzie trzeba.
(Dzięki Ci moja Przyjaciółko!!!)
Pojawił się jednak problem z kicią. Zaczęłam szukać rozwiązań. Jak już wiadomo z poprzedniego wpisu o dniu wizyty lekarskiej, kiedy to resztę czasu spędziłyśmy z kicią u mamy, zamieszkanie nawet na kilka dni w dwupokojowym mieszkaniu mamy razem z mamą, córką i jej kotem chwilowo jest wyjściem raczej ostatecznym.
Kicia bardzo źle by to zniosła, wszyscy inni raczej też, a i ja bym im tam teraz naprawdę na głowie chyba musiała siedzieć, bo córka ma tam zebrane większość rzeczy i czeka na wyprowadzkę. Dlatego szukałam rozwiązań dalej.
I tak oto od piątku do przyszłej niedzieli mieszkamy z Mozartem u niej w mieszkaniu.

Przyjaciółka jest miłośniczką ptaków, interesuje się nimi, wyjeżdża na wyprawy, żeby je obserwować. W ogóle to niesamowicie ciekawa babka. I ma fajne grafiki w domu, które zachwycają nawet kicię.

Do moich obowiązków należy dokarmianie ptaków na jej idyllicznym i pięknie zanurzonym w zieleni balkonie. Czasem na ten balkon wychodzimy z kicią, a czasem tak jak dziś obserwuję prawdziwe naloty ptaszków na dosypany poprzedniego wieczoru pokarm. A potem przez większość dnia mam taki widok przez okno:


Czasem ubieram Mozarta w szeleczki i też wyprowadzam na ten balkon.

Oczywiście najchętniej już by weszła na tę barierkę dookoła i spacerowała sobie… aż się rwie!

Ale trzymam ją mocno, bo upadek z pierwszego piętra może nie byłby bolesny, ale po pierwsze najpierw zawisłaby na szelkach, a gdyby się z nich wymsknęła, to szukaj wiatru w polu!
O tutaj dobrze widać, jak staje na paznokciach, byle tylko dalej się wychylić.

O proszę, jak się wychyla.

To ja już wolę ostrożniejsze manewry.

Kiedy to piszę, jest pierwszy dzień maja. Dla mnie pierwszy dzień, kiedy nie muszę nigdzie wychodzić, mam czas dla siebie i mogę sobie wreszcie popisać na blogu, poczytać i zająć się sobą. Nie włączam telewizora. Popijam kawę, czytam, robię sobie zdrowe przekąski i kontempluję ciszę. I cholernie dobrze mi z tym!
A wszystko to dzięki Tobie A.!



Piękny odpoczynek taki luz blus i w dodatku pogoda wreszcie dopisała , a kicia ma ciebie na własność…
Pozdrawiam serdecznie 🙂
Podkreśliłaś wszystkie zalety takiej formy spędzania czasu, więc ja dodam tylko, że wczoraj był pierwszy dzień od czasu przyjazdu do Polski, kiedy NIC ale to absolutnie NIC nie musiałam!:)
Kot podziwiający obrazy ptaków… Imię zobowiązuje do tego, aby być wrażliwym na sztukę. 😉
Mam dziś podobny dzień, poza tylko tym, że co godzina krążę pralnia-dom. Szwajcarzy tak mają, muszę mieć i ja, że nie ma pralek w mieszkaniach.
Już po majówce. Wyszło słońce, alby ludziom lepiej szło się do pracy 😛
Mozart z pewnością jest kotem bardzo wrażliwym :).
A i ja świetnie się czuję w otoczeniu tych wszystkich ciekawych grafik i obrazów. Jest mi w tym dobrze.
Pralkę na szczęście tu mam. W mieszkaniach w Niemczech też rzadko bywają pralki, większość prania robi się w pralniach na mieście. I suszy na strychu. Nie lubię tego zwyczaju, szczególnie nie lubię wywieszać mojej bielizny komuś na widoku, ale co robić, co kraj to obyczaj. Teraz wreszcie pralkę i suszarkę mamy w domu.
U nas majówka jeszcze trwa, bo jutro też jest święto. 🙂
Myslalam, ze juz dawno jestes w domu i sprawozdajesz po powrocie, a tu wychodzi, ze nadajesz z Polski. :))
Bo już miałam dawno być z powrotem, ale jak widzisz wyszło inaczej. 🙂
Ale fajnie ze moglas sie zatrzymac w mieszkaniu kolezanki ktora wyjechala i byc z kicia. Mozart na balkonie w pozycji stojacej na dwoch tylnich nozkach, cudne, niezla z niej akrobatka.
Też się z tego bardzo cieszę. A jak Mozart się cieszy! :)))
Ona tak ciągle. I już próbuje się wspinać na barierkę, bardzo muszę jej pilnować.
Marzę o tym, żeby móc mieć karmnik i karmić ptaszki.
Tutaj to ma sens, poprzednio kiedy miałam dom z ogródkiem nie wywieszałam tam karmnika, bo bałam się, że będzie terenem ułatwionego polowania dla kotów, przede wszystkim Mozarta.
Wreszcie głos kogoś myślącego,widzącego plusy i minusy życia w Niemczech,czy za granicą w ogóle.Bo prawie na wszystkich innych blogach emigrantek przeważają ochy i achy na temat rzekomej niemieckiej doskonałości w każdej dziedzinie życia.
życze ci przede wszystkim zdrowia i niech ci się wszystko poukłada tak jak byś chciała.Pozdrawiam serdecznie
Dziękuję za życzenia. To jest wpis o majówce i wolałabym nie wplątywać akurat tu komentarzy na inne tematy. Pozdrowienia 🙂
No to majówkę miałaś udaną – też mi się marzy taki luz blues…
Bardzo mi się ta odrobina luzu przydała, cieszę się, że spędziłam ten czas z kicią. Ale już mi tęskno za domem, piszę o tym w następnym wpisie dziś. 🙂
Ech, a mnie drugi żółw opuścił :(. Stary był, to prawda. Drzewka bonsai też poszły na zmarnowanie za sprawą gołębi, które obsrały je tak dokładnie, że żadne z nich tego prysznica nie przeżyło. Przetrzymały burze, gradobicia, drutowanie, obcinanie, przesuszanie, gotowanie na parapecie – wykończyły je gołębie. Sam zostałem… 🙁 PRawie – wykopałem sobie jeszcze jedno drzewko i zaczyna, przygodę od nowa.
Odchodzenie zwierzaków przeżywamy często mocniej, niż ludzi. Bo nie wszystkich ludzi da się lubić a zwierzaki przeważnie wszystkie są do rany przyłóż.
Drzewek bonsai pod prysznicem z gołębiego łajna nie też mi żal. Temu ostatniemu uściel wygodny może jakoś ogrodzony bezpieczny areał :).
pozdrowienia
świetna fotka, ta z Tobą i Kicią na kolanach…
upadek z pierwszego piętra może być dla kota bolesny, nie idealizujmy tak bardzo kocich zdolności do miękkiego lądowania, bo bywa różnie…
kot i ptaki… no cóż, mnie się to kojarzy dość jednoznacznie, z koniecznością częstego i starannego przeglądu zakamarków w mieszkaniu…
za to pewien kot znajomych upodobał sobie… rybki, które przynosił regularnie do domu… skąd te rybki?… po starannym śledztwie okazało się, że w ich okolicy jest posesja z ogródkiem skalnym i zamieszkaną sadzawką…
pozdrawiać jzns :)…
Dziękujemy, też się czujemy fotogeniczne. 🙂
Wolę sobie nie wyobrażać tego upadku, a potem szukania kota. Ona tu przecież zupełnie nie zna terenu, chociaż widzę wiele kotów w okolicy, czyli wychodzących. Ale jest i sporo psów luzem…. brrrr!
Ptaki u koleżanki są regularnie karmione, i akurat tam nic im nie grozi. W domu mielibyśmy często ptaszki przynoszone na podwieczorek przez Mozarta.
Rybek nasza nie znosi, być może sadzawki są zbyt daleko :).
pozdrowienia