UWAGA:
Ten wpis będzie bardzo długi, więc jeśli nie masz czasu, to zrób coś bardziej produktywnego, niż czytanie moich memuarów. Ja mam jednak potrzebę podzielenia się tym, co się w tych ostatnich latach u mnie wydarzyło, więc jeśli Ciebie to też interesuje, to proszę, tu jest fotel i kawa, siadaj i rozgość się, a ja zaczynam opowiadać.
MOJA HISTORIA w NIEMCZECH
… zaczęła się od miłości.
ZWIĄZEK
Do Niemiec przeprowadziłam się na stałe pod koniec 2018 do mojego ówczesnego partnera, bo po trzech latach znudził nam się związek na odległość i spotkania max. raz na miesiąc.
Związek nie zdał próby czasu, aczkolwiek przyjaźń i wzajemne wsparcie go przetrwały do dzić, chociaż oczywiście znajomość się rozluźniła.
PRACA
Nie samą miłością jednak człowiek żyje, już pod koniec relacji okazało się, że dostałam bardzo ciekawą propozycję pracy. Tak oto po przeprowadzce do wynajmowanego mieszkania zostałam w Bremerhaven i praktycznie przez cztery lata pomogłam założyć i współprowadziłam tutaj firmę handlową w branży agrarnej.
Szyki popsuła nam pandemia, bo od tego momentu zabrakło najmocniejszego argumentu – spotkań z klientami, niemieckimi rolnikami.
WSTĘPNY KURS IT
Na szczęście dla mnie po zakończeniu współpracy z firmą na początku 2021, po kilku miesiącach bezrobocia i szukania pracy z ramienia tutejszej Agencji Pracy odezwała się do mnie firma szkoleniowa z Bremy, w której zaproponowano mi odbycie szkolenia w celu zdobycia nowych uprawnień zawodowych. Na początek uczestniczyłam w miesięcznym kursie dla kobiet, które dopiero wchodzą na rynek usług digitalnych. Trochę się bałam, że poziom będzie jak dla cyfrowych przedszkolaków, ale pozytywnie mnie zaskoczyli.
KURS KSZTAŁCENIA ZAWODOWEGO (tzw. UMSCHULUNG)
Po tym wstępnym kursie do wyboru miałam trzy propozycje. Mogłam pójść na kurs grafika komputerowego, ale ten kurs wówczas był oferowany tylko jako kurs trzymiesięczny (wg mnie było to za mało profesjonalne przygotowanie) albo jako kurs dwuletni, ale na pół etatu, czyli musiałabym gdzieś pracować i przyjeżdżać na kurs na pół dnia. Myślę, że był on skierowany raczej do młodych mam, żeby mogły się doszkolić podczas gdy dzieci są w przedszkolach i szkołach. Ja jednak nie miałam pracy, za to miałam silną potrzebę jak najszybciej opanować nowy zawód i móc tu zacząć nową pracę.
Drugą ale i najciekawszą dla mnie propozycją był kurs na Informatyka. Po niemiecku ten tytuł brzmi Fachinformatiker. Od zawsze interesowały mnie komputery i ten świat od dawna był mi bliski, więc byłam w większości rzeczy na bieżąco, umiem też samodzielnie sobie poradzić z większością rzeczy w tym zakresie.
Ale też to był to najbardziej wymagający kurs, jaki mogłam wybrać.
Kurs trwa w sumie dwa lata. Po roku trzeba wybrać specjalizację, albo idzie się w kierunku administrowania sieciami, albo programowania.
Zgadnijcie, który kurs wybrałam? Oczywiście, że postawiłam wszystko na jedną kartę i postanowiłam odważyć się i nauczyć tej wymagającej dziedziny tym razem porządnie. Czy wiedziałam, co mnie czeka? Nie do końca. I to chyba dobrze.
MOJE PODEJŚCIE DO PRACY
Wiele kobiet, a szczególnie w moim wieku, wycofało się z kontynuacji nauki, bo stwierdziły, że ukończenie takiego kursu w wieku 50 plus to przesada, ileż one potem jeszcze będą pracowały.
Ja mam do tego własne podejście. W wieku cielęcym, a więc jeszcze ok. 20-25 lat też wydawało mi się, że kobiety po 50-tce są już stare i głównie widziałam je w roli babć i na etapie wychodzenia z rynku. Kiedy jednak sama osiągnęłam wiek 40 plus, a potem 50 plus, okazało się, że wcale nie czuję się aż tak staro, żeby myśleć o zmierzchu kariery i to nie tylko dlatego, że brak u mojego boku partnera, który byłby drugim filarem utrzymania, ale z chęci samodzielnego utrzymania siebie i spełniania się w nowych wyzwaniach.
Poza tym lubię mieć swoje pieniądze i móc podejmować własne decyzje po mojemu. Za długo już tak robię i tak żyję, żebym na takim etapie myślała o zmianie tego nastawienia.
A TŁUMACZENIA?
Pewnie niektórzy najpóźniej w tym miejscu pytają, a co z tłumaczeniami, przecież jesteś od lat tłumaczem, i to nawet przysięgłym. Zgadza się, jestem, a nawet uzyskałam uprawnienia i pieczęć niemiecką. Co nie znaczy, żebym mogła utrzymać się wyłącznie z tej działalności na moim bieżącym rynku. A to się okazało dość szybko, bo praktycznie od razu po przeprowadzce.
NIE BRAKUJE CI TAMTEJ PRACY?
Gdyby ktoś pytał, a niektórzy pytali, czy nie brak mi pracy tłumacza? Jak cholera mi brak, nawet po pandemii trafiło mi się kilka ciekawych ustnych zleceń, na niektóre jeździłam w tym czasie na terenie Niemiec i Polski, ale to były wyjątkowe i rzadkie wydarzenia, a nie stałe stabilne źródło dochodu.
Już w niepewnym czasie pandemii z pracą w Polsce w charakterze tłumacza już zaczęło być coraz trudniej, zanikły przecież wtedy konferencje i spotkania handlowe, czyli najlepsze zlecenia ustne, które stanowiły sedno utrzymania tłumacza. A potem było tylko coraz gorzej. A od momentu intensywnego rozwoju sztucznej inteligencji praktycznie większość rynku opanowało korzystanie z modeli językowych, chociaż wcale nie są one tak doskonałe, jak niektórzy myślą. Ale o tym napiszę kiedyś inny wpis.
Podsumuję to tak: w tej chwili praca tłumacza już odchodzi jako główne źródło utrzymania. Pewnie gdybym nadal była na większym warszawskim mieście, mogłabym żyć z niej jeszcze jakiś czas, ale to już nie te czasy, kiedy można się było z tej pracy utrzymać i dobrze spokojnie żyć.
DECYZJA PODJĘTA
Tak więc propozycja odbycia szkolenia zawodowego, które pozwoli mi zdobyć nowy zawód, w dodatku na koszt państwa niemieckiego, była nie tylko kusząca, ale właściwie nie do odrzucenia.
Miałam wtedy jeszcze kilka innych pomysłów na inne kursy, o które pytałam, ale to był w zasadzie jedyny dostępny dla mnie kurs, bo także w czasie pandemii okazało się, że wiele zawodów wymaga wsparcia ludzi z wykształceniem w IT, a jest ich ciągle za mało i właśnie w tym kierunku szło wsparcie finansowe państwa.
Jestem i będę za tę możliwość zawsze wdzięczna, w Polsce musiałabym za wszystko zapłacić samodzielnie i w ogóle nie wiem, gdzie bym w tej chwili pracowała, chociaż na rynku warszawskim pewnie bym nadal sobie poradziła. Ale po co gdybać, skoro jestem tu i teraz?
Tak więc z początkiem lipca 2022 roku w pełni lata rozpoczęłam szkolenie z codziennymi dojazdami z Bremerhaven do Bremy. A pociągi na tej trasie to nie je bajka, tylko tyle powiem.
Byłam jednak młoda i pełna entuzjazmu. Młoda – tak, bo taki nowy etap, nowa szkoła, bo tak ją w myślach nazywałam, dała mi od początku kopa motywacyjnego i spowodowała, że znów zaczęło mi się chcieć.
W mojej grupie było około ponad 30 osób, głównie panowie. I ze trzy dziewczyny, w tym ja. Do końca szkolenia przetrwałyśmy trzy. A to był dopiero początek tej historii.
W kursie uczestniczyli ludzie, którzy z jakichś powodów nie ukończyli zwykłego trybu kształcenia, czyli np. studiów na kierunkach IT, albo przyszli zmienić zawód – tak jak ja. Dość barwna grupa i od początku okazało się, że spotkałam tam kilka bardzo fajnych osób, z którymi do dziś utrzymuję kontakt.
A potem się zaczęło. Po pierwszych zajęciach, kiedy trzeba było się przedstawić i zaprezentować, wrzucono nas od razu na zajęcia docenta od podstaw IT na bardzo głęboką wodę. Teoria łamana przez praktykę, codziennie osiem godzin materiału, który w zwykłym tempie na studiach uczy się przez min. trzy lata (do stopnia bachalor), a nam dano na ten sam materiał dwa lata. Dla niektórych, którzy od lat siedzieli w tych tematach, a na szkolenie przyszli dostać papier, było to powtórzenie lub rozrzeszenie wiedzy. Ale też wtedy niektórzy dostrzegli, w jak trudną dziedzinę się dostali i kilka osób w ciągu pierwszych tygodniu już zauważyło, że chyba jednak nie dadzą rady. Na tym etapie odpadły m.in. dwie dziewczyny i dwóch lub trzech kolegów. A potem nastąpiły kolejne miesiące pełne trudnych tematów i zadań, wkuwania i kolejnych zaliczeń. W tym czasie na pierwszym roku szkolenia miałam przynajmniej raz w tygodniu kryzys pod tytułem „Gdzie ja k…a jestem i co ja tu robię ….”.
Mimo to uczyłam się dalej. Były tematy trudniejsze, były takie, które łatwiej mi wchodziły.
Wcześniej na studiach lingwistycznych, w wieku 19-20 lat też nie wszystko przychodziło mi łatwo, ale większość jednak szła jak po maśle. Tutaj, trzydzieści lat później, nagle byłam po prostu przeciętna lub słaba. I z tym trzeba sobie było jakoś poradzić. Przewaga innych uczestników kursu polegała na tym, że większość z nich albo już studiowała informatykę, tylko z różnych powodów jej nie ukończyła, miała informatykę już jako normalny przedmiot w szkołach albo od lat się tym hobbystycznie zajmowała. Co do mnie – byłam absolutną świeżynką, która tylko trochę liznęła tematu z uwagi na swoje zainteresowania.
Mimo to powtarzałam sobie ciągle „Ino wytrwaj!” (za QCZAJem)
Dlaczego o tym przez ten cały czas nie opowiadałam? O tym napiszę pod koniec tej opowieści.
A póki co idę polać trochę wodą taras, żeby kicia jakoś tam lepiej mogła wytrzymać, bo znów mamy dziś silny upał.
Poza tym muszę kończyć, bo jestem w trakcie organizowania sobie na nowo miejsca w moim home office.

Home Office IW
To była część pierwsza, bo co za dużo na raz to niezdrowo, jeśli chcecie ciągu dalszego, to napiszę 🙂

Bardzo interesujący wpis. Już od dawna byłem ciekawy, jak właściwie trafiłaś do Niemiec i jak wyglądały Twoje początki na emigracji. Miałaś ogromny atut, wyjeżdżając za granicę — bardzo dobrą znajomość języka. To jest niezmiernie pomocne i potrafi otworzyć wiele drzwi. Większość Polaków, których znam z Kanady, musiała uczyć się języka już na miejscu. Niektórzy mieli możliwość uczęszczania na kursy, inni uczyli się samodzielnie, a jeszcze inni, mimo wielu lat spędzonych na emigracji, nigdy nie opanowali go w stopniu pozwalającym na swobodną komunikację. Jeśli chodzi o kursy i dalszą edukację, to absolutnie podziwiam i gratuluję! Nie ma chyba lepszej inwestycji niż… Dowiedz się więcej »
O jak miło, że wpis i moja historia Cię zaciekawiły 🙂 Wiesz Jacku, chyba nie zdecydowałabym się nigdy na emigrację bez znajomości języka, chociaż podstawowej. Wiedziałabym, że wtedy czekają mnie prace, które z zasady byłyby nisko płatne, bo jak tu zatrudnić kogoś na ciekawym stanowisku, kto ma problem z porozumiewaniem się. Do Niemiec nie wyjechałam też ze względów ekonomicznych, bo mnie było dobrze w Warszawie i mogłam / mogłabym tam mieszkać nadal. Ale miałam wtedy nadzieję, że zagra życie osobiste, więc taką decyzję podjęłam. Jak zwykle u mnie, lepiej mi poszło w życiu zawodowym 🙂 Dobrze, że poruszyłeś temat szkoleń,… Dowiedz się więcej »
Gdy przyjechałem do Kanady na początku lat 80. XX w., większość Polaków nie znała języka angielskiego. Rząd dawał bezpłatną szkołę (chociaż nieraz z trudem) języka, sześciomiesięczny kurs na College, 5 dni w tygodniu, od 9 rano do 15:15—i do tego jeszcze płacił nam ok. $80 co tydzień! Miałem szczęście, że się na nią załapałem. Mam nadzieję, że kiedyś o tym napiszę w blogu. W każdym razie nawet nie znając języka, było możliwe w tym czasie go się nauczyć całkiem dobrze i potem już kontynuować naukę samemu. Wyjazdy za granicę do kogoś „specjalnego” są zapewne ryzykiem—jednakże w Twoim przypadku Niemcy to… Dowiedz się więcej »
Dobre rozeznanie to zawsze największy skarb, bo dzięki niemu faktycznie miałeś zapewniony kurs języka, w dodatku i kasę. A powiesz, czy w Kanadzie jest jak w Niemczech, że takie kursy (językowe i rozszerzające kompetencje zawodowe) też są polecane przez agencję pracy czy jej odpowiednik? Bo ciekawa jestem, jak to macie zorganizowane. Dziękuję bardzo za adresy twoich blogów. Przez ostatnie … nie tylko miesiące, ale nawet lata, byłam tak zajęta, że funkcjonowanie na blogu / blogach ograniczałam do minimum, stąd też mogłam nie pamiętać. 🙂 Komputery to taki temat, że zamierzałam zrobić o nim specjalny wpis. W każdym razie w skrócie… Dowiedz się więcej »
Trudno mi powiedzieć o obecnych programach, bo one zmieniają się wraz z nowymi rządami i nowymi wytycznymi—jednakże takich programów istnieje sporo, finansowanych przez różne federalne i prowincjonalne branże rządowe. Dlatego absolutnie się zgadam, że dobre rozeznanie w tym rządowym buszu to podstawa! Również np. osoby, które uległy wypadkowi w pracy i podlegające obligatoryjnemu ubezpieczeniu rządowemu otrzymują, poza odszkodowaniem, bezpłatne kursy, aby zmienić zawód. Z tym, że też często te kursy są nic nie warte, albo kompletnie mijają się z wykształceniem i zdolnościami takich osób—po ich ukończeniu nadal są na pozycji wyjściowej (to tak, jakby mnie posłać na roczny kurs grania… Dowiedz się więcej »
Pod wpływem naszej rozmowy postanowiłam napisać coś o tych szkoleniach w Niemczech, bo może się komuś przyda, kto w takim trybie również będzie zmieniał zawód. 🙂
Czytam …ale jeszcze czytam więc powiem tylko, że owszem zawsze cie podziwiałam za pracowitość i odwagę.
Wrócę.
Wiem, wiem, że tym razem wpis wyszedł stanowczo poza zwykłe ramy, czytaj spokojnie, masz przecież też swoje życie 🙂
Cieszę się, że jesteś i miło mi będzie, kiedy wrócisz!
bo wiesz to że potrafimy pisać, robić grafiki proste programy filmowe…przesłać, wysłać, załączyć i takie różne programy na których pracujemy, niestety nie zmieni faktu, że nie miałyśmy informatyki w szkołach…już nie mówiąc o studiach. Dlatego tym bardziej ciebie podziwiam i trzymam kciuki
Już wcześniej umiałam więcej od przeciętnego użytkownika, bo mnie to interesowało i samodzielnie szukałam rozwiązań albo pytałam osoby bardziej doświadczone.
Myślę, że dzięki temu podejściu dotarłam do etapu zakończenia szkolenia i zdania egzaminu. Nadal uważam, że mam jeszcze sporo do nauczenia, ale to chyba normalne, że im więcej się wie, tym bardziej dostrzega się, co jeszcze jest możliwe i potrzebne :)))
Uściski!
Miałem i ja takie etapy w życiu, gdy pytałem sam siebie, tak jak Ty – Gdzie ja k…a jestem i co ja tu robię ….”. Dla podkreślenia wagi dokładałem jeszcze jedną K…ę po ” co ja tu..”
Najważniejsze to się odważyć, a potem już jakoś idzie.
Pozdrawiam serdecznie. Z radością przeczytałem, że sobie radzisz.
Tak, etapy powtarzania sobie tego jak mantry mam na szczęście póki co za sobą 🙂
Idzie lepsze w każdym razie. 🙂
Robić coś nowego, uczyć się, rozwijać można zawsze. Jak człowiek przestaje, to znaczy, że pora kłaść się do trumny. To że wielu już wygodnie umościło się w pudle, nie znaczy, że my musimy iść tą drogą 😉
Niektórzy w tej trumnie umieszczają się już dość wcześnie za życia :), ale jakoś nigdy mi nie było z nimi po drodze 🙂
Robić coś nowego jest super, nawet jeśli trzeba się liczyć z byciem na początku żółtodziobem!
Wiele pamiętam, bo wiele opisywałaś na bieżąco. Ale ciekawie się czyta takie „kilka lat w pigułce”. Ogólnie nie mam pytań.
A przy okazji zapraszam Cię pod inny adres, bo zatęskniłam za pamiętniczkiem.
https://pelniamiasta.blogspot.com/
Przyznam, że sama odczułam potrzebę pewnego podsumowania, i wiem, że jeśli ktoś był ze mną na bieżąco, to pamięta te etapy. Jedynie o ostatnim pisałam niewiele. 🙂
Podziwiam.🤩 Najłatwiej jest siąść i narzekać, ale podjąć taki trud i się nie poddać. No ja bije brawo i mocno ścicskam za Ciebie kciuki Iwonko.
Twój nowy home office wygląda jak baza NASA. Czekam na 2 część i pozdrawiam.🫶🤗
Siąść i płakać można zawsze, a czasem nawet to jest zdrowe. Ale spędzanie w tym stanie większości czasu nie jest moim planem na życie.
Toteż w sytuacjach wymagających podjęcia decyzji, ja je podejmuję.
I staram się doprowadzać plany do końca, chyba że w międzyczasie okazują się zupełnie bez sensu. Tutaj jednak podjęłam wyzwanie i nie ukrywam z drżeniem serca, ale i z odwagą podążyłam tą w większości nieznaną mi ścieżką. 🙂
Już piszę część 2, ale w międzyczasie działam dalej.
Uściski i pozdrowienia!!!
Mam nadzieję,że ukończenie tego kursu dobrze Cie ustawi w kwestii znalezienia pracy. I jak już wiesz- cieszę się z tego że już masz to za sobą i możesz teraz troszeczkę odetchnąć! ściskam!!!
Też się bardzo cieszę, ale poczekaj może chwilę na puentę :), która jeszcze się pisze :)))
Iwonko, wcale nie tak długi ten wpis, wpadłam dopiero teraz, bo oczywiście posty aktualizują się na bloggerze z opóźnieniem.
Cały czas podziwiam twoją determinację i odwagę, ja chyba za długo pracowałam w jednym zawodzie a końcówka była mało satysfakcjonująca.
Pojechałaś za miłością, jak romantycznie, ale wiadomo, życie weryfikuje wiele spraw.
Chyba ten styl życia Ci służy, bo wyglądasz ciągle młodzieńczo!
czekam ciag dalszy!
Dziękuję Kochana, zawsze to miło usłyszeć komplement :), a od kobiety są szczególne, bo szczere 🙂
Miłość jest ważna, ale jak mawiał klasyk: przychodzi i odchodzi, a jeść chce się zawsze.
Chwilami sama nie wiem, skąd brałam tę odwagę i determinację, ale źródło na pewno jest wewnątrz mnie. Z tym, że sama tego często nie dostrzegam tak dobrze, za to inni mi mówią, że im coś dobrze podpowiedziałam 🙂
Tak czy siak, raczej nie oddaję walki walkowerem, więc ruszam zdobywać kolejne szczyty 🙂
Uściski i serdeczności :))))
Innymi słowy, zostałaś czarownicą. Bo dla mnie komputer to po prostu czystej wody czary – i nie dam sobie wmówić, że jest inaczej. Jak tam poupychano te krasnoludki – nie wiem do dziś. W stacji graficznej to jeszcze, ale w laptopie?
A co do roli tłumacza – nie wiem, czy w dobie AI ten fach ma jeszcze jakieś zastosowanie. Może w sorawach prawnych – ale z tego pewnie nie da się wyżyć.
Zawsze byłam czarownicą 🙂 Masz rację, z tym że krasnoludki są poupychane binarnie i są bardzo dobrze zorganizowane oraz mniejsze, niż nam się wydawało! Są jeszcze zlecenia dla tłumaczy, ale nie jest to już zawód na pełny etat, jak to było przez większość mojej kariery zawodowej. Niestety są i minusy tej sutuacji, bo korzystając z narzędzi AI doskonale zdaję sobie sprawę z ich niedoskonałości oraz widzę błędy, nie tylko dotyczące zakresu tłumaczenia, ale i używanych słów, potrafi też dofantazjować część tłumaczenia. Obawiam się, że za jakiś czas ludzie zorientują się, jak wiele oddali kontroli AI, i ile przez to poszło… Dowiedz się więcej »
Zapowiada się ciekawie. Dalszy ciąg zostawiam na poniedziałek. Pozdrawiam 🙂
Milo Cie znowu widziec Annette 🙂
Zapraszam do kolejnej czesci!