Blog

MOJA HISTORIA w NIEMCZECH_1

25 czerwca 2026

UWAGA:

Ten wpis będzie bardzo długi, więc jeśli nie masz czasu, to zrób coś bardziej produktywnego, niż czytanie moich memuarów. Ja mam jednak potrzebę podzielenia się tym, co się w tych ostatnich latach u mnie wydarzyło, więc jeśli Ciebie to też interesuje, to proszę, tu jest fotel i kawa, siadaj i rozgość się, a ja zaczynam opowiadać.

MOJA HISTORIA w NIEMCZECH

… zaczęła się od miłości.

ZWIĄZEK

Do Niemiec przeprowadziłam się na stałe pod koniec 2018 do mojego ówczesnego partnera, bo po trzech latach znudził nam się związek na odległość i spotkania max. raz na miesiąc.

Związek nie zdał próby czasu, aczkolwiek przyjaźń i wzajemne wsparcie go przetrwały do dzić, chociaż oczywiście znajomość się rozluźniła.

PRACA

Nie samą miłością jednak człowiek żyje, już pod koniec relacji okazało się, że dostałam bardzo ciekawą propozycję pracy. Tak oto po przeprowadzce do wynajmowanego mieszkania zostałam w Bremerhaven i praktycznie przez cztery lata pomogłam założyć i współprowadziłam tutaj firmę handlową w branży agrarnej.

Szyki popsuła nam pandemia, bo od tego momentu zabrakło najmocniejszego argumentu – spotkań z klientami, niemieckimi rolnikami.

WSTĘPNY KURS IT

Na szczęście dla mnie po zakończeniu współpracy z firmą na początku 2021, po kilku miesiącach bezrobocia i szukania pracy z ramienia tutejszej Agencji Pracy odezwała się do mnie firma szkoleniowa z Bremy, w której zaproponowano mi odbycie szkolenia w celu zdobycia nowych uprawnień zawodowych. Na początek uczestniczyłam w miesięcznym kursie dla kobiet, które dopiero wchodzą na rynek usług digitalnych. Trochę się bałam, że poziom będzie jak dla cyfrowych przedszkolaków, ale pozytywnie mnie zaskoczyli.

KURS KSZTAŁCENIA ZAWODOWEGO (tzw. UMSCHULUNG)

Po tym wstępnym kursie do wyboru miałam trzy propozycje. Mogłam pójść na kurs grafika komputerowego, ale ten kurs wówczas był oferowany tylko jako kurs trzymiesięczny (wg mnie było to za mało profesjonalne przygotowanie) albo jako kurs dwuletni, ale na pół etatu, czyli musiałabym gdzieś pracować i przyjeżdżać na kurs na pół dnia. Myślę, że był on skierowany raczej do młodych mam, żeby mogły się doszkolić podczas gdy dzieci są w przedszkolach i szkołach. Ja jednak nie miałam pracy, za to miałam silną potrzebę jak najszybciej opanować nowy zawód i móc tu zacząć nową pracę.

Drugą ale i najciekawszą dla mnie propozycją był kurs na Informatyka. Po niemiecku ten tytuł brzmi Fachinformatiker. Od zawsze interesowały mnie komputery i ten świat od dawna był mi bliski, więc byłam w większości rzeczy na bieżąco, umiem też samodzielnie sobie poradzić z większością rzeczy w tym zakresie.

Ale też to był to najbardziej wymagający kurs, jaki mogłam wybrać.

Kurs trwa w sumie dwa lata. Po roku trzeba wybrać specjalizację, albo idzie się w kierunku administrowania sieciami, albo programowania.

Zgadnijcie, który kurs wybrałam? Oczywiście, że postawiłam wszystko na jedną kartę i postanowiłam odważyć się i nauczyć tej wymagającej dziedziny tym razem porządnie. Czy wiedziałam, co mnie czeka? Nie do końca. I to chyba dobrze.

MOJE PODEJŚCIE DO PRACY

Wiele kobiet, a szczególnie w moim wieku, wycofało się z kontynuacji nauki, bo stwierdziły, że ukończenie takiego kursu w wieku 50 plus to przesada, ileż one potem jeszcze będą pracowały.

Ja mam do tego własne podejście. W wieku cielęcym, a więc jeszcze ok. 20-25 lat też wydawało mi się, że kobiety po 50-tce są już stare i głównie widziałam je w roli babć i na etapie wychodzenia z rynku. Kiedy jednak sama osiągnęłam wiek 40 plus, a potem 50 plus, okazało się, że wcale nie czuję się aż tak staro, żeby myśleć o zmierzchu kariery i to nie tylko dlatego, że brak u mojego boku partnera, który byłby drugim filarem utrzymania, ale z chęci samodzielnego utrzymania siebie i spełniania się w nowych wyzwaniach.

Poza tym lubię mieć swoje pieniądze i móc podejmować własne decyzje po mojemu. Za długo już tak robię i tak żyję, żebym na takim etapie myślała o zmianie tego nastawienia.

A TŁUMACZENIA?

Pewnie niektórzy najpóźniej w tym miejscu pytają, a co z tłumaczeniami, przecież jesteś od lat tłumaczem, i to nawet przysięgłym. Zgadza się, jestem, a nawet uzyskałam uprawnienia i pieczęć niemiecką. Co nie znaczy, żebym mogła utrzymać się wyłącznie z tej działalności na moim bieżącym rynku. A to się okazało dość szybko, bo praktycznie od razu po przeprowadzce.

NIE BRAKUJE CI TAMTEJ PRACY?

Gdyby ktoś pytał, a niektórzy pytali, czy nie brak mi pracy tłumacza? Jak cholera mi brak, nawet po pandemii trafiło mi się kilka ciekawych ustnych zleceń, na niektóre jeździłam w tym czasie na terenie Niemiec i Polski, ale to były wyjątkowe  i rzadkie wydarzenia, a nie stałe stabilne źródło dochodu.

Już w niepewnym czasie pandemii z pracą w Polsce w charakterze tłumacza już zaczęło być coraz trudniej, zanikły przecież wtedy konferencje i spotkania handlowe, czyli najlepsze zlecenia ustne, które stanowiły sedno utrzymania tłumacza. A potem było tylko coraz gorzej. A od momentu intensywnego rozwoju sztucznej inteligencji praktycznie większość rynku opanowało korzystanie z modeli językowych, chociaż wcale nie są one tak doskonałe, jak niektórzy myślą. Ale o tym napiszę kiedyś inny wpis.

Podsumuję to tak: w tej chwili praca tłumacza już odchodzi jako główne źródło utrzymania. Pewnie gdybym nadal była na większym warszawskim mieście, mogłabym żyć z niej jeszcze jakiś czas, ale to już nie te czasy, kiedy można się było z tej pracy utrzymać i dobrze spokojnie żyć.

DECYZJA PODJĘTA

Tak więc propozycja odbycia szkolenia zawodowego, które pozwoli mi zdobyć nowy zawód, w dodatku na koszt państwa niemieckiego, była nie tylko kusząca, ale właściwie nie do odrzucenia.

Miałam wtedy jeszcze kilka innych pomysłów na inne kursy, o które pytałam, ale to był w zasadzie jedyny dostępny dla mnie kurs, bo także w czasie pandemii okazało się, że wiele zawodów wymaga wsparcia ludzi z wykształceniem w IT, a jest ich ciągle za mało i właśnie w tym kierunku szło wsparcie finansowe państwa.

Jestem i będę za tę możliwość zawsze wdzięczna, w Polsce musiałabym za wszystko zapłacić samodzielnie i w ogóle nie wiem, gdzie bym w tej chwili pracowała, chociaż na rynku warszawskim pewnie bym nadal sobie poradziła. Ale po co gdybać, skoro jestem tu i teraz?

Tak więc z początkiem lipca 2022 roku w pełni lata rozpoczęłam szkolenie z codziennymi dojazdami z Bremerhaven do Bremy. A pociągi na tej trasie to nie je bajka, tylko tyle powiem.

Byłam jednak młoda i pełna entuzjazmu. Młoda – tak, bo taki nowy etap, nowa szkoła, bo tak ją w myślach nazywałam, dała mi od początku kopa motywacyjnego i spowodowała, że znów zaczęło mi się chcieć.

W mojej grupie było około ponad 30 osób, głównie panowie. I ze trzy dziewczyny, w tym ja. Do końca szkolenia przetrwałyśmy trzy. A to był dopiero początek tej historii.

W kursie uczestniczyli ludzie, którzy z jakichś powodów nie ukończyli zwykłego trybu kształcenia, czyli np. studiów na kierunkach IT, albo przyszli zmienić zawód – tak jak ja. Dość barwna grupa i od początku okazało się, że spotkałam tam kilka bardzo fajnych osób, z którymi do dziś utrzymuję kontakt.

A potem się zaczęło. Po pierwszych zajęciach, kiedy trzeba było się przedstawić i zaprezentować, wrzucono nas od razu na zajęcia docenta od podstaw IT na bardzo głęboką wodę. Teoria łamana przez praktykę, codziennie osiem godzin materiału, który w zwykłym tempie na studiach uczy się przez min. trzy lata (do stopnia bachalor), a nam dano na ten sam materiał dwa lata. Dla niektórych, którzy od lat siedzieli w tych tematach, a na szkolenie przyszli dostać papier, było to powtórzenie lub rozrzeszenie wiedzy. Ale też wtedy niektórzy dostrzegli, w jak trudną dziedzinę się dostali i kilka osób w ciągu pierwszych tygodniu już zauważyło, że chyba jednak nie dadzą rady. Na tym etapie odpadły m.in. dwie dziewczyny i dwóch lub trzech kolegów. A potem nastąpiły kolejne miesiące pełne trudnych tematów i zadań, wkuwania i kolejnych zaliczeń. W tym czasie na pierwszym roku szkolenia miałam przynajmniej raz w tygodniu kryzys pod tytułem „Gdzie ja k…a jestem i co ja tu robię ….”.

Mimo to uczyłam się dalej. Były tematy trudniejsze, były takie, które łatwiej mi wchodziły.

Wcześniej na studiach lingwistycznych, w wieku 19-20 lat też nie wszystko przychodziło mi łatwo, ale większość jednak szła jak po maśle. Tutaj, trzydzieści lat później, nagle byłam po prostu przeciętna lub słaba. I z tym trzeba sobie było jakoś poradzić. Przewaga innych uczestników kursu polegała na tym, że większość z nich albo już studiowała informatykę, tylko z różnych powodów jej nie ukończyła, miała informatykę już jako normalny przedmiot w szkołach albo od lat się tym hobbystycznie zajmowała. Co do mnie – byłam absolutną świeżynką, która tylko trochę liznęła tematu z uwagi na swoje zainteresowania.

Mimo to powtarzałam sobie ciągle „Ino wytrwaj!”

Dlaczego o tym przez ten cały czas nie opowiadałam? O tym napiszę pod koniec tej opowieści.

A póki co idę polać trochę wodą taras, żeby kicia jakoś tam lepiej mogła wytrzymać, bo znów mamy dziś silny upał.

Poza tym muszę kończyć, bo jestem w trakcie organizowania sobie na nowo miejsca w moim home office.

IW home office

IW home office

To była część pierwsza, bo co za dużo na raz to niezdrowo, jeśli chcecie ciągu dalszego, to napiszę 🙂

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
[instagram-feed]
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x