Kiedy po paru nieudanych próbach siądnięcia (a może usiąścia, przysiądnięcia, zasiądnięcia) do pracy, wreszcie siadam na moim fotelu komputerowym, kiedy minął mi właśnie najbardziej nieznośny ból głowy, kiedy udało mi się zjeść już pierwsze i drugie śniadanie, zrobić i wypić szklankę wody z cytryną, potem kawę, a teraz wreszcie herbatę z cytryną, kiedy fejsbuki przejrzane, instagramy zasilone chyba wczoraj, a innych grzechów nie pamiętam, nie mogę nie zacząć tego pierwszego nieco swobodniejszego (popołu)dnia od wpisu na blogu.
I to od razu z grubej rury, czyli chyba najdłuższym zdaniem, jakie mi się od dawna napisało.
A co! W końcu nie takie mi się zdarza tłumaczyć!
Ale nie tak od razu. Najpierw obowiązki, potem przyjemność (czyli dokończenie pracy).
A kiedyś tam po pracy stan zen…
Oczywiście podobnie jak wszyscy, czuję wewnętrzny przymus, aby podzielić z Wami tym, co ostatnio zimą jest rzadkością, czyli potwierdzić, że oczywiście i u nas też jednego dnia spadł śnieg.
Równie szybko się roztopił, chociaż złośliwie na samochodzie nadal spoczywa jeszcze warstwa na dachu i na przedniej szybie.
Moje ostatnie zmagania życiowe poskutkowały paroma zdarzeniami niezwykle przyjemnymi, jak i paroma niefajnymi, w tym poważną przycierką samochodu (błotnik, zderzak, nadkole, lewy przód) przez TIRa. Cóż. Na szczęście auto jest sprawne do jazdy, a na usunięcie szkody muszę poczekać na opinię niemieckiej policji, bo na miejscu i po ciemku nie dali rady ocenić, czyja to była wina. Czekam na protokół. A autko codziennie głaszczę i obiecuję naprawę, jak tylko wyjaśnią się sprawy formalne.
Z tych przyjemnych miałam bardzo ciekawe zlecenie pod Chemnitz (za czasów NRD było to Karl-Marx-Stadt, i tak się o nim uczyłam na lekcjach niemieckiego w liceum), w zakładzie wytwarzającym roboty, urządzenia i osprzęt do spawania.
W dodatku przed tym zleceniem udało mi się spotkać z dawno nie widzianą Koleżanką po fachu, też tłumaczką przysięgłą, która niedawno właśnie zamieszkała w pobliżu Chemnitz.
Spotkanie, przesunięte nieco na skutek kolizji, którą zaliczyłam ok. 45 km przed zjazdem do niej, na szczęście ukoiło moje nerwy. Było przemiło, nagadałyśmy się, nacieszyłyśmy swoją obecnością. Ona opowiedziała, jak jej się teraz pracuje w Niemczech (jest Niemką z pochodzenia, więc wróciła niejako do domu), ja trochę poopowiadałam o swoich rocznych doświadczeniach w pracy na tutejszym rynku. Było miło, z humorem i z radością takie spotkanie powtórzę! Nie ma to jak porozmawiać i pośmiać się z inteligentnymi ludźmi.
We wtorek i środę pracowałam w jednym z ciekawszych miejsc, które udało mi się odwiedzić ostatnimi czasy. Czy wiecie, jak się spawa takie wielkie elementy metalowe? Na przykład wielkie skrzynie na szafy rozdzielcze, albo okapy do kuchni przemysłowych? Ano w niektórych miejscach jeszcze nadal ręcznie. A mój klient właśnie postanowił, że u niego w fabryce już za chwileczkę, już za momencik będzie obowiązywało spawanie robotem.
W tym celu poobserwował na targach różne roboty przeróżnych producentów, po czym wybrał jednego, do którego postanowił się wybrać – na moje szczęście korzystając dla grupy specjalistów z mojej pomocy jako tłumacza.
Uwielbiam patrzeć, jak na moich oczach pracują takie sprawne maszyny, bo przecież ich praca to wynik ludzkiego geniuszu i pracowitości.
Toteż napatrzyłam się na te cuda z przyjemnością, wykonując moją pracę. Pobyłam z wykształconymi ludźmi, zapoznałam się ze specyfiką różnych rodzajów spawania i już spokojnie pojechałam do domu.
Po drodze Kumpel, którego z tego miejsca pozdrawiam niezwykle serdecznie urządził „akcję ratuj, bo umieram”. Czyli rozchorował się porządnie i ledwo wracał do domu, szukał więc od jutra zastępstwa o jakieś 800 km ode mnie. Udało mi się wszystko omówić, poprzekładać spotkania, pogodzić się z faktem, że muszę tylko przepakować walizkę i ruszam na kolejny tydzień roboty… Na szczęście po dotarciu do domu i spotkaniu z lekarzem Kumpel poczuł się na tyle lepiej, że jeszcze tego wieczoru odwołał akcję, a ja mogłam trochę odpocząć, to znaczy zająć się już i tak odkładanymi z powodu pierwszego wyjazdu sprawami zawodowymi.
Podziękowaliśmy sobie – ja jemu za propozycję zarobku, to zawsze się liczy, a on mnie – za gotowość zastąpienia go na jego warunkach w pracy.
Byłam jednak bardzo szczęśliwa, że udało mi się zostać w domu. I to nie tylko z powodu różnic w podejściu do jedzenia w hotelach, w których w ciągu tych dwóch dni mieszkałam.
W tym rejonie o w tych hotelach nie ma bowiem w zwyczaju podawać do śniadania warzyw, ani sałatki.
W pierwszej oberży uprosiłam o cokolwiek, więc dostałam pomidora i ogórka.
Biała bułka zamiast ciemnego chleba to kolejna rzecz, której w zasadzie od dawna nie jadam.
Podobnie katering w firmie, gdzie tłumaczyłam. Drugiego dnia pojawiły się kanapki, na szczęście już z sałatą, ogórkami i pomidorkami, ale też na białym pieczywie. Wiem, czepiam się, cieszyłam się, że w ogóle coś dali do jedzenia przed podróżą.
Co było robić. Trzeba było poczynić na te dwa dni odstępstwa od mojej zdrowej diety. A potem do niej wrócić. Dzisiejsze śniadanko już w mojej wersji.
Cieszę się, bo najwyraźniej mój nowy sposób odżywiania (NSO) mi służy, już pozbyłam się większości nadmiarowych kilogramów, czuję się już o wiele lepiej sama ze sobą. A Mikael twierdzi, że właściwie jak dla niego to wcale więcej nie muszę gubić, jemu się podoba. No dobra, ale ja wiem, że to nie wystarczy, jeszcze mi trochę trzeba zrzucić, żeby mi się wszystkie dżinsy z ubiegłego roku dały się wcisnąć na d…ę.
Z ciekawostek, czy wiecie że mężczyzna potrafi wyrzucić worek ze śmieciami razem z koszem na śmieci? Byle tylko kontener był odpowiedniej wielkości, operacja udaje się bez pudła. Tylko ja potem wracam do domu zdezorientowana brakiem kosza. A On oczywiście nie ma pojęcia, gdzie ten kosz. A po obejściu całego domu stwierdza, że co ja się czepiam, wielkie mi rzeczy. Jak nie ma to nie ma. On weźmie i zamówi nowy.
No jasne, znając męskie tempo już za parę tygodni, albo miesięcy na pewno… Niestety to nie jest kuchnia z ikei, gdzie wszystko można iść i dokupić, to inny system, gdzie trzeba będzie zamówić i poczekać na dostawę. I cieszyć się, jeśli jeszcze nie zmienili systemu mocowania czy wielkości koszy, bo wtedy trzeba by było kupować zamiast jednego pojemnika cały system i mocować go w miejscu starego.
Jakże wielkie było moje zadowolenie, kiedy następnego dnia rano nastąpiło „cudowne odnalezienie” w większym koszu stojącym przed domem.
Awantura z powodu zaginionego kosza i mojego „krzywo-wymownego spojrzenia” jako reakcji – bezcenna i nie do odkręcenia!
Radość z odzyskania zguby w tak szybkim tempie – jedyna w swoim rodzaju.
Jednym słowem jeden tydzień a w nim trochę przygód, trochę strat, trochę rzeczy straconych, trochę odzyskanych.
Cieszę się z nowych doświadczeń, opłakałam straty i zabieram się do walki od nowa.
Z całego tego stresu złapała mnie wielka słabość i ból głowy i trzymają od wczoraj rana. Dziś od dwóch godzin nieco lepiej.
Robota właściwa nadal czeka, choć trochę biurowych robót udało mi się popchnąć i komputer zdalnie kupić, bo mój laptop też już od paru miesięcy swoim tempem pracy przyprawia mnie o bóle głowy, kiedy czasem czekam na wykonanie operacji po kilkanaście minut.
Tak się nie dało pracować, więc wczoraj zadzwoniłam do mojego Pana Zbyszka informatyka, przedstawiłam moje priorytety. Pan Zbyszek zaś oddzwonił za pięć minut, że w hurtowni jest lapek dokładnie taki o poszukiwanych przeze mnie parametrach i za cenę do zaakceptowania. Nic tylko przelew zrobić, co też niezwłocznie uczyniłam. Sprzęt odbiorę wprawdzie dopiero w połowie lutego, ale faktura była potrzebna od zaraz. A ja i tak na razie nie mam czasu się przeinstalowywać na nowego. Od dawna nie myślę o nowym sprzęcie jak o nowych zabawkach, jak to było w przypadku pierwszego czy może jeszcze drugiego laptopa. To narzędzie do pracy, ma działać szybko i sprawnie i nie sprawiać problemów.
Cóż – życie dostarczyło mi przez ostatni tydzień dość dużo przeżyć. Tych negatywnych, ale i tych pozytywnych. Skupiam się na tych pozytywnych, bo jest ich jednak więcej.
Czyli nawiązując do poprzedniego posta: „róbta co chceta”, byle efekty były.
« Jak zmotywował mnie WOŚP | Znikające lajki, szalejący couchowie, mięśnie, cuda kuchni i urody, czyli instagram »













Klik dobry:)
Skoro pozytywów więcej, to tydzień można uznać za udany, o!
Pozdrawiam serdecznie i życzę tygodni, miesięcy, lat… bez negatywów.
W ogólnym rozrachunku na pewno był pozytywny, chociaż wnerwiają takie bezsensowne straty po drodze.
Na szczęście nie ma tragedii i da się to wszystko naprawić.
Całkowicie bez negatywów to pewnie się nie uda, oby tylko były łatwiejsze do usunięcia, to już będzie dużo. 🙂
I nawzajem AlEllu!
Cisnienie tak skacze, od piwnicy do nieba i z powrotem w tempie zastraszajacym, wiec meteopaci cierpia prawdziwe katusze, wszyscy wokol skarza sie na bole glowy. Mnie jakos na szczescie nie dotyczy, choc oczywiscie to nic straconego, moze sie jeszcze pojawic.
Ale poza tym dobrze, ze pozytywy rzadza w Twoim zyciu i jest ich dosc, by zrownowazyc rzeczy i zdarzenia zle.
Ano mam wrażenie, że z wiekiem robi się ze mnie coraz bardziej meteopatka, chociaż może i wcześniej moje bóle głowy miały z tym związek, tylko ja tego nie widziałam. Ale chyba bardziej jest to u mnie skłonność zatok. Dopiero bardzo zdrowe i wyważone odżywianie doprowadziło mnie do tego, że tych bóli nie mam już co tydzień, a znacznie rzadziej, przeważnie od czasu do czasu raz na miesiąc w związku z kobiecymi hormonami i kiedy się czasem trochę przeziębiam.Nie życzę Ci tego, mnie to wycina z życia, nawet widzę gorzej i okulary mi wtedy nie pomagają.Co do pozytywów – też się… Dowiedz się więcej »
Ja też uczyłam się o Karl-Marx-Stadt i nawet nie przyszło mi do głowy sprawdzać, jak to się nazywa teraz. Ot, podróże kształcą – nawet jeśli cudze.
Nazwa Chemnitz jest starą nazwą historyczną tego miasta i pochodzi od rzeki Chemnitz w okolicy, tylko w latach 1953–1990 miasto nosiło nazwę Karl-Marx-Stadt, z wiadomych powodów.
W sumie dobrze, że wróciło do swojej pierwotnej nazwy po zmianie ustroju.
Jako ciekawostkę powiem Ci, że w latach 1697-1763 znajdowało się w granicach unijnego państwa polsko-saskiego. Czyli było w pewnym czasie nawet polskim miastem.
A potem ośrodkiem włókiennictwa.
Ja widziałam tam wokół odwiedzanej fabryki mnóstwo przemysłu, i na tym dziś chyba miasto Chemnitz buduje swoją siłę.
Ciekawa jestem kiedy będzie Ci po drodze kawa, ewentualnie obiad w Berlinie.Tu jest zima-nie zima, czyli głównie na plusie, ale przy +5 na termometrze jest tak zimno jakby było 0. Poza tym czasem sypie kasza z nieba, ale częściej pada deszcz i wieje wiatr. Poza tym ciśnienie jest chwilami tak niskie, że podejrzewamy nasz barometr o to, że za chwilę jego wskazówka wydostanie się z niego na zewnątrz.Też mam jakieś dziwne firmowe urządzenie pod zlewozmywakiem- kubeł, którego pokrywa jest jakoś sprzężona z drzwiczkami- jak otwierasz drzwiczki ona się automatycznie podnosi. I tak sobie pomyślałam,że jak to się popsuje to będzie… Dowiedz się więcej »
Witaj Anabell, często o tym myślę, bo też bym już chciała się spotkać. Ale takie zatrzymanie się w Berlinie na kawę byłoby chyba mało realne, bo i tak wybiłoby mnie z ruchu na dłużej niż godzinę, a to oznacza o 3-4 godz. dłuższą podróż. Musiałabym zaplanować tam jakiś nocleg w okolicy lub pod miastem, żeby mieć chociaż 2 godzinki na pogaduchy z Tobą.Więc pewnie raczej w marcu, wpadnę wtedy też choć trochę znów pozwiedzać Berlin, bo dawno nie byłam. A teraz w lutym będę jechać z koleżanką, którą zaprosiłam do siebie na kilka dni (o ile dojdzie to do skutku).Coraz… Dowiedz się więcej »
Z tym koszem na śmieci to się uśmiałam.
Pozdrawiam Iw serdecznie.
My w sumie po uspokojeniu też już się z tego śmiejemy 🙂 Ale sama przyznasz, że niecodziennie się zdarza zaginiony kosz! 🙂
Uściski serdeczne!
jak frustrujący może być brak warzyw przekonałem się kiedyś w szpitalu, gdzie trafiłem z okazji jakichś badań…/to akurat osobny nonsens, bo można było mi wyznaczyć termin, przyjechałbym z domu, po dwóch godzinach byłoby po wszystkim, a tymczasem procedura wymagała trzech dni przymusowej leserki, kompletnie nie w tempo moich zajęć/…jako, że badania wątrobowe, to z automatu przełożyło się na wyznaczenie mi diety wątrobowej, co oznaczało, ze dostawałem to samo, co współpacjenci, ale bez warzyw… pojęcia wcześniej nie miałem, jak przykra może być deprywacja takiej z pozoru głupiej rzodkiewki, pomidora, czy jakiejś tam innej naci…żeby nie było, to wcale nie jestem vege,… Dowiedz się więcej »
Niestety szpitalne jedzenie rzadko kiedy odpowiada zaleceniom dietetycznym. W Niemczech było też niezbyt dobrze, obiady to jeszcze jak cię mogę, było zawsze jakieś warzywo. Ale śniadania – katastrofa! Buła z serem, ew. wędliną, odrobina masła. W najlepszym razie po jednym – dwóch plasterkach sałaty czy innego pomidora lub ogórka. Do smarowania za to miód, dżem, nutella i inny badziew. I jogurt jeszcze dodatkowo słodzony i z owocami. Na takim wikcie to bym nie pożyła długo i zdrowo!
Okazuje się, że jednak już żyjemy i jadamy zdrowiej, a opieka zdrowotna nie nadąża za ogólnie dostępną wiedzą dietetyczną.
pozdrowienia bardzo serdeczne
IW
Duzo sie dzialo, no ale takie jest zycie, pracujesz, duzo jezdzisz. Na moje rozumowanie to jezeli nawet te negatywy byly, to one tak jakby sa wliczone w aktywne zycie, tak duzo jezdzisz samochodem ze moga sie zdazyc takie historie jak Twoja z autem. A pozytywy zdecydowanie sa w przewadze, prace masz ciekawa, spotykasz ludzi na poziomie, a maszyny wygladaja imponujaco.
Na spokojnie tak to sobie właśnie wytłumaczyłam, żeby się więcej nie obciążać i nie robić sobie wyrzutów, że za mało uważałam. No trudno, jest szkoda, trzeba ją będzie naprawić.
Trochę to niestety utrudnia życie, ale na szczęście nie uniemożliwia jego dalszego prowadzenia.
Skupiam się na tym, co wychodzi i to nieźle, wtedy jest mi łatwiej pogodzić się też ze stratami.
A maszyny naprawdę są imponujące, patrzyłam na to spawanie przez zaciemnioną szybę jak urzeczona.
Uściski!
Kocie zen jest najlepsze na świecie -))
Pozdrawiam i dużo głasków zasyam 🙂
Dziękuję, głaski przekażę niezwłocznie, jak tylko księżniczka zejdzie z góry, gdzie się zaszyła po dzisiejszych porannych biegach 🙂
Oby przez cały rok pozytywów było więcej niż negatywów. Pozdrawiam.
Bardzo dziękuję, tam gdzie mam wpływ będę się o to starała. W innych przypadkach pozostaje mi przewidywać reakcje otoczenia w miarę możliwości i chyba jeszcze bardziej uważać. 🙂
pozdrowienia serdeczne!
dużo się dzieje u Ciebie )) ja się skupię na jedzeniu, otóż dietę stosuję od kwietnia albo maja i byłabym już dawno ją skończyła osiągając upragnioną wagę, nawyki już mam, gdyby…gdyby nie wyjazdy, rauty, festiwale, święta i wakacje… które rozwalają mi system, rytm i wprowadzają chaos i umniejszają efekty a rezultat natychmiastowy – waga idzie w górę momentalnie i wtedy znów tygodnie walki o każdy kilogram, wracam do stanu sprzed wyjazdu, wakacji mozolnie spadam w dół i znów wyjazd, święto… już mam dość. Czemu hotele, zajazdy cateringi etcetera nie mają żytniego pieczywa, świeżych warzyw?? jajko to też dla mnie problem,bo… Dowiedz się więcej »
U mnie dieta to nie jest sprawa tymczasowa. Tak nazywam mój sposób odżywiania. I jem w zasadzie tylko to, co kupię z zaufanego źródła i sama przyrządzę z podstawowych produktów. Wszystko inne niestety powoduje niekontrolowane skoki wagi, tak jak u Ciebie. Na wyjazdy, kiedy mogę, biorę sobie warzywa przygotowane do spożycia. Czyli albo nakrojony seler naciowy, marchew, pomidory, ogórki – albo przygotowane do szybkiego obrania i pokrojenia, mam też ze sobą nóż, widelec, żeby móc to zjeść gdzieś na postoju.Oczywiście nie wszystko da się uwzględnić, takie pojemniczki mogę wziąć na jeden dzień, czyli maksymalnie na podróż.Na wyjazdach, jeśli mogę, unikam… Dowiedz się więcej »
Kosza na śmieci razem ze śmieciami nie wyrzuciłam (może dlatego, że nie jestem mężczyzną), ale zdarzyło mi się razem ze śmieciami wyrzucić zmiotkę i szufelkę, czy obieraczkę do warzyw zgarniętą z blatu razem z obierkami. U nas też się zabieliło i nawet jeszcze trochę się trzyma mimo minimalnej dodatniej temperatury.
Mnie takie nieumyślne wyrzucanie kojarzy się raczej z męskimi zdolnościami :), niejeden wcześniej też mi już coś tam wyrzucił czy zepsuł. Znane mi kobiety są raczej ostrożniejsze, a takie "kwiatki" zdarzają się częściej męskim przedstawicielom gatunku :).A to bogu ducha winne świetne biurowe nożyczki wyrzucone razem z trawą ze skoszonego trawnika. A to przewrócony grzejnik olejowy, po którym to upadku pęka plastikowa solidna część obudowy, a to zagubione bez wieści w praniu skarpetki – i znów nie ma kolejnej pary!To ostatnie to prawdziwa męska plaga. Niejeden raz były też próby (częściowo udane) wciągania na swój stan moich skarpetek mimo znaczącej… Dowiedz się więcej »
Ja nie cierpie ciemnego pieczywa, ziaren tez za duzo nie jadam. Dla mojego przewodu pokarmowego duzo blonnika oznacza niestety, sraczke. W celu zrzucenia paru kilogramow odstawilam zupelnie alkohol i zmniejszylam porcje obiadowe 🙂
Z tym wyrzucaniem to roznie bywa, kidy dzieci mieszkaly ze mna czesto znajdywalam widelce czy lyzeczki w koszu, a raz nawet talerz. Po co zgarniac "tylko" resztki?
:-)))
Nie mam i nigdy nie miałam problemów z przewodem pokarmowym, chyba że kiedy było za mało błonnika. Alkoholu nie pijam prawie, chyba że mam chęć na dobre wino, co mi się przytrafia raz na 2-3 miesiące.
Ja raczej nie wyrzucam aż tak bezwiednie, także trudno mi to sobie wyobrazić. 🙂
Pozdrowienia!
"…sposób odżywiania (NSO)…" – co to takiego??
Jadam śmiecie zawsze kiedy przyjeżdżamy do Polski. Niestety nikt w rodzinie nie reflektuje ciemnego pieczywa i większej ilości warzyw. Przeważnie trafia się tylko posolony już zawczasu pomidor z ogórkiem. Ręce mi czasami opadają, ale co zrobić? Niejedzenie niczego jest przecież w złym guście.
Na szczęście śniadań nie jadam, więc unikam białych bułek i słonych wędlin na pierwszy posiłek.
Najgorsze, że muszę się niestety faszerować także tym, co mnie alergizuje.
Historia kosza na śmieci, całkiem przednia XD
Taki sobie skrót wymyśliłam od Nowy Sposób Odżywiania, nawet miałam o tym posta napisać, ale nie nadążam ostatnio. 🙂 Ot wymyśliłam nazwę.
Niestety rodzinne żywienie najczęściej w Polsce nie jest zbyt zdrowe.
Co do ostatniej historii jak widać ciągle jeszcze mój mężczyzna nie przestaje mnie zaskakiwać :)!
Ale jak sobie patrzę na świeżutkie zdjęcia, to nawet stresy dobrze Ci robią:-) A więc tak trzymaj, i nic nie zmieniaj.
Ach Pieprzu, moje świeżutkie zdjęcia niestety zawierają w sobie worki pod oczami z niewyspania i stresu, ale cóż, taki czas. Już niedługo będzie mam nadzieję trochę spokojniej.
Uściski!
Pozytywy mimo wszystko wygrały 🙂
Na szczęście, ale trochę czasu potrzeba, żeby się uporać ze stratami.