A czasem jest tak. Siedzisz, bardzo Ci na czymś albo na kimś zależy. Przeważnie jednak większy problem jest, kiedy na kimś. Międlisz to w głowie, rozkładasz na czynniki pierwsze emocjami, rozprawiasz się z mitem, a potem znów go wznosisz gołymi rękami. I strzelasz do mitu niczym do tarczy strzelniczej, żeby zaraz potem go jednak uratować. Następnie odbywasz milion dialogów, rozmów rozstrzygających. Jesteś Bridget Jones i Jamesem Bondem w jednym. Masz i nie masz racji, a czasem On/Ona ją ma. Zbijasz Jej/Jego argumenty, dyskusja toczy się już długo i zawzięcie. Podjęliście pewne ustalenia. Ale potem On/Ona je złamali. Jest wszystko: krew, pot i łzy. Gwałtowne zwroty akcji. Ciśnienie nie do wytrzymania. Radosne zaskoczenia. Trudne momenty. Wzloty i upadki. I to się tak toczy i toczy. I to wszystko, cały ten zgiełk, całe zamieszanie i cały scenariusz trwa i trwa. I jest jak najbardziej realistyczne. Tyle, że nikt o nim nie wie, bo on się rozgrywa tylko w jednym miejscu: wyłącznie w Twoich myślach, w Twojej głowie.
Od pewnego czasu staram się wypuszczać z siebie i te dialogi, i te pytania, i te niedomknięte sprawy. Ot tak. Otwieram drzwi, wychodzę na łąkę i spuszczam je ze smyczy, i daję im pohasać po łące, po parku. I widzę, że nawet całkiem nieźle sobie radzą. Tak samopas. Zaprzyjaźniają się i obwąchują z innymi spuszczonymi ze smyczy myślami. Opowiadają sobie coś nawzajem, zamieniają po kilka słów, gestów, wymieniają spojrzenia, grzeczności, machną ogonem albo próbują zawadiacko z tymi innymi pobiegać po łące czy pobawić się w berka. Takie tam zwykłe zabawy na łące. Czasem spojrzą obiecująco albo zachęcająco, szukając odzewu. Czasem jest odzew, a czasem go nie ma, albo jest jakiś taki słaby, niewystarczający.
No cóż. Bywa. Jak to na łące. Moment z tym pobędą, aż dotrze, otrząsaną się chwilę i pójdą dalej, podrapawszy się najpierw za uchem. Ale na łące, na wolności i na swobodzie jest im naprawdę znacznie lepiej, niż w zamknięciu, w ogrodzeniu, czy na ciągłej smyczy. Czy w Twojej, czy w mojej głowie. A jaka ulga, że się mogą wybiegać bez tej smyczy!
bo chodzi o to, aby nie myśleć… no, ale jak to tak można „nie myśleć”?… kto to słyszał?… rzecz w tym, że „noe myśleć” to wcale nie znaczy „nie myśleć”, tylko odpiąć myśleniu smycz…
naprawdę znakomitą metaforę znalazłaś, brawa z aplauzem na stojąco… łykam ją niczym kot sąsiadki zwany „Odkurzacz” chrupki z miski /akurat właśnie to robi/ i nie pytam o prawa autorskie, nie interesują mnie one… jest zbyt dobra, by jej smycz „copyrights” przypinać….
p.jzns :)…
Jeśli chodzi o metaforę, sama ją dziś wymyśliłam, mam nadzieję, że nikt przede mną, chociaż mogło się zdarzyć. 🙂 Dziękuję za uznanie, tak mi się swobodnie pomyślało 🙂
Myśli bardziej czy mniej swobodne lubią świeże powietrze i bezmiar przestrzeni, przynajmniej moje…
Bezmiar przestrzeni jest dobry na wszystkie myśli, także i te bez smyczy :), to prawda!
Jak ladnie napisalas, bardzo trafny pomysl ze smycza i miec pelna wolnosc bez niej.
Ciekawa byłam bardzo, jak się Wam spodoba 🙂
Czasami mam takie odczucie, że moje myśli powinny być stale w kagańcu. I w klatce.
Ale dlaczego aż tak mocno zamknięte i spętane???!!!
Bo nieokrzesane są. 😛 Dużo śmielsze niż ja sama. W ten negatywny raczej sposób.
A może my wszyscy jesteśmy bardziej nieokrzesani w środku i tego po prostu nie okazujemy, z uwagi na opory społeczne. Być może niekoniecznie tak wiele zostawiamy tylko dla siebie? 🙂
Ha, żeby to było takie proste, tak je spuścić ze smyczy, a najlepiej, żeby sobie jeszcze pobiegły, i nie wróciły:)
Czasem można je spuścić i nie wrócą. 🙂 Ale jednak przeważnie znają właściciela i wracają. 🙂
Złośliwe bestie:)
Moim myślom najlepiej nad jakimś akwenem wodnym się hasa 😉 Rozwiązania nierozwiązywalnych zagadnień zawodowych zawsze przynosiłam ze spacerów z psem do lasu, więc teraz czasem wyprowadzam buty – psa już nie mam. Za to najlepsze rozwiązania życiowe mnie dopadają…kiedy zmywam naczynia 😀 . Pssst… Gdy jestem naprawdę wściekła a jestem w domu, prowadzę takie dyskusje na głos 😉 Robię tak odkąd się dowiedziałam, że masa ludzi tak robi. Pomaga się i rozładować, i usłyszeć, jak wiele wypowiedzi idiotycznie lub zbyt ostro brzmi. Tylko nie mów nikomu 😀
Nad wodnymi akwenami to sobie mnóstwo myśli wypuszczam na wolność i bujają się potem i jest to piękny widok. 🙂 Te zawodowe lubię jednak obgadać czasem, więc wysyłam je do innych, a wracają podbudowane troszkę w różne spojrzenia. Mnie też wpadają różne nowe myśli do głowy w ramach prac domowych, albo na spacerach. A czasem podczas długiej jazdy samochodem. Czy je czasem wypowiadam na głos? Niestety mam zbyt duże (niepotrzebne) opory, ale będę trenować, aż się uda. Bo nie ma to jak wypowiedzieć czasem te myśli. Wyrzucić je z siebie w formie słyszalnej ma o wiele większą moc, niż tylko… Czytaj więcej »
Nie ukrywam, że mnie też trochę zajęło by się przełamać. Całe życie z przekonaniem, że „gadanie do siebie chyba nie byłoby zbyt normalne” to spora ściana do przebicia. A potem człowiek się dowiaduje, że są różne sposobiki, chociażby gadanie do krzesła tak, jakby tam siedziała osoba, z którą masz zamiar przeprowadzić rozmowę. Wypowiadanie myśli na głos, „gadanie w powietrze” też jak najbardziej ok. Wtedy nie dowierzałam, dziś – polecam 🙂
A tego gadania do krzesła jeszcze nie próbowałam, chociaż różne techniki już stosowałam. Ale dzięki za podpowiedź, sama nie wiesz, jak może mi się przydać, ale ja już to wiem. 🙂
zarówno moja wyobraźnia, jak i moja wrażliwość artystyczna nie maja żadnej smyczy ni kagańca a i moje działania w żadnej smyczy nie chodzą 😉 ściskam wiosennie.
Jak fantastycznie to słyszeć! 🙂
To nie myśli są na smyczy, tylko my jesteśmy na smyczy myśli i nie zawsze umiemy, albo chcemy się od niej odpiąć.
Pewnie to działa w obie strony – my na smyczy, to i myśli na smyczy. My bez – to i myśli bez. 🙂
To chyba tak jak z tym pisaniem listow, zeby je potem wszystkie przeczytac i spalic albo po prostu wyrzucic.
Ja prowadze ze soba dialogi odkad pamietam. Kiedy bylam mala rozmawialam ze soba glosno, potem coraz ciszej. Kiedy sie nie dalo glosno, na przyklad w kosciele, „spisywalam” swoje mysli palcem po lawce. Zostalo mi to do dzisiaj, kiedy nie moge sie wygadac, po prostu pisze. Wywalam wszystkie mysli na papier, one to lubia. Nie wiem czy lubia kiedy je potem wyrzucam. Ale mnie jest lepiej, a to najwazniejsze.
Najważniejsze to jednak te myśli z siebie wywalić, forma obojętna, może być mówienie, pisanie, śpiew czy taniec, bo każdy ma inną formę ekspresji. A czy potem się to zachowa, spisze w postaci bloga, czy rozrzuci spalone kartki na wietrze to już drugorzędna sprawa. Chociaż jeśli myśli są ujęte fajnie i ktoś może z nich skorzystać, to naprawdę szkoda je tak po prostu wywalać. 🙂 Przed mówieniem do siebie ciągle mam jakiś opór jednak 🙂